Dziś dla odmiany, jako że czasami pisuję poezję, czy raczej utwory poetyckie, pozwolę sobie zamieścić dwa z nich. Mogą nie być łatwe w odbiorze, ale poezja, jak to poezja, rządzi się swoimi prawami.

***

Za śnieżną bramą zobaczyłam biały dom

Cały był ze szkła i z marmuru

A w jego malutkich jak perły okienkach

Migotały porcelanowe słoje pełne nagich łez

Zamarynowanych w sosie z gorzkich ziół odrzucenia

W oddali zamigotał błysk jakiś przenajświętszy

A postać w sukni jaśniejącej kroplami snu zmrożonego

Otulona szalem swych srebrnych nici włosów

Uśmiecha się do mnie swą szklistą ramą ust

I śnieżny pył zamyka me zlęknione mrozem powieki

Patrzę przez zatrzaśnięte wieka mych szklistych oczu

I nie czuję już nic i nie muszę już nic i tylko noc

 

 

I jeszcze jeden, taki ot utwór poetycki:

***

mądrość i miłość te dwie towarzyszki życia otulone wełnianym szalem wiary idą razem śmiejąc się i figlując, i wszystko zmieniając w noc jaśniejącą po której wszelkie stworzenia jaśniejąc wychodzą ze swych skrzętnie wyplatanych norek nicości i rozpoczyna się taniec godów miłości splecionej z mądrością przenajświętszą i wszystko w wirze wirującej wiary stapia się w jedność jaśniejącą co przynosi nowy świat nowy świt widzenia i ponad wszelkim bytem niebyt obraca złote kręgi i wciąż nowe zwiastuny świtu przesyła iskrami jaśniejąc i wszystko staje się światłem jaśniejącym i ciemność rodzi blask żarzący się pośród igliwia porozrzucanych snów bolących i żar wskrzesza płomień i wypala lęk smutek i żal wszelaki i jaśniejąc otwiera bramy najświętsze i jak gołębie przeszywające powietrze swymi skrzydłami wznosi się i wciąż jaśniejąc przenosi swe rozedrgane języki ognia w wyższe i wyższe bramy otwierające swe podniebne rozkosze

 

Na razie do lektury tylko dwa.

Baruch Haszem.

Ania Forystek

Baruch Dajan Emet

Jest taka chasydzka opowieść:

„Rabbi z Góry Kalwarii powiedział pewnego razu: ‘Czemu człowiek lęka się śmierci? Idzie przecież do Ojca! Człowiek lęka się owej chwili, gdy już z tamtej strony zobaczy to wszystko, co się tu z nim działo’.” (M. Buber, Opowieści chasydów)

I jeszcze jedna historia, którą przytoczę tak, jak pamiętam.

Pewnej kobiecie umarło dwóch synów. Ale – jako, że był właśnie Szabat – nie powiedziała o tym mężowi, by nie zakłócać mu spokoju świętego czasu. Synowie leżeli w pokoju. Gdy tylko Szabat się skończył, poszła do męża i zaczęła go wypytywać: czy wierzysz, że wszystko, co mamy jest dane nam od Boga? Czy wierzysz, że to Bóg nas zaopatruje, dba o nas, troszczy się o nas, daje nam wszystko, co najlepsze? Mąż, jak przystało na człowieka wielce pobożnego, odpowiedział, że oczywiście wierzy. Żona zabrała go więc do pokoju, pokazała synów i powiedziała: Bóg dał, Bóg wziął.

Od rana w mojej głowie trzepoczą słowa: Baruch Dajan Emet, Baruch Dajan Emet, Baruch Dajan Emet. I trzepot ten stał się już niemal nie do zniesienia, choć początkowo dawał ukojenie. Śmierć. Mot. Podobnie brzmi: Emet – Mot. Prawda – Śmierć. Gdy dowiadujemy się, że ktoś nie żyje, nie możemy w to uwierzyć: „Nie, to żart, prawda?”

Śmierć jest nieodłączną częścią życia.

Gdy dziś rano dowiedziałam się, że Magda nie żyje, nie mogłam w to uwierzyć. Ale kiedy czując, że łzy gromadzą się w moich oczach, spojrzałam za okno, oto pojawił się maleńki ptaszek, chyba sikorka (a u mnie za oknem rzadko bywają ptaki). Przysiadł sobie na biegnącym za oknem kablu i ćwierkając radośnie mówił do mnie: zobacz, zobacz, wszystko jest w porządku. Uśmiechnęłam się i poczułam, że Magda jest bezpieczna.

Jednak to nie takie proste. Gdy odchodzi nagle ktoś, z kim może nie dzieliliśmy codzienności, ale z kim łączyły nas wspólne modlitwy, święta, rozmowy, radość, to tak jakby we Wszechświecie powstawał jakiś wyłom. Jakby na chwilę odłamało się coś z wielkiej budowli ludzkich dusz, a właściwie dusz wszystkich istnień.

Wierzę, że to Stwórca, niech będzie Błogosławiony, daje nam życie i decyduje o tym, kiedy ten czas się dopełnia. Jednak dla nas ludzi, śmierć jest czymś niepojętym, nieodgadnionym, czymś, co napawa nas lękiem. Nie wiemy, co tak naprawdę jest dalej. Każdy może mieć własne przekonanie, według własnej wiary, wyobrażenia.

Wobec śmierci człowiek jest marnością, pyłem, ulotnością.

Co jest najważniejszego w życiu?

 

Teraz tak pomyślałam, że Kadisz chyba zawiera w sobie jakieś jakby ziarno odpowiedzi.

A w niedzielę byłam na cmentarzu Remu…

 

Właśnie spojrzałam na szafkę. Na tle ciepłego brązu zamigotał lśniący złoty przedmiot. To mały saksofon, który Natan dostał od Magdy. Natan bawił się nim dzisiaj. Jakże zmienia się wymiar każdej postrzeganej rzeczy, która teraz jakby przejmuje nieco blasku tego, kogo już nie ma.

Baruch Haszem.

Ania Forystek

 

Planowałam, że będę pisać jakieś niezwykle mądre, uczone teksty o kabale, mistyce, duchowości i tak dalej. I też właściwie nie wiedziałam tak do końca, o czym będzie ten mój blog. I chyba nadal tak do końca tego nie wiem. Ale to, co staje się dla mnie jasne, to fakt, że na początku moje pisanie będzie dla mnie formą terapii. Będę pisać o tym, co jest we mnie, co mnie dręczy, męczy, raduje, przygniata, wznosi. Moja droga z ciemności do Światła.

Zamiast więc mądrych, uczonych tekstów będą proste myśli, zdania, jakieś tam rozważania. I chociaż różne teksty dotyczące rabinów, kabalistów, draszy, midraszy przechodzą przez moją głowę, będą zmuszone zaczekać jeszcze jakiś czas, może wieczność. Wszystko niech idzie po kolei, krok po kroku, bez udawania, bez zbędnego nadęcia, bez rozbuchiwania swego ego i udawania kogoś tam wspaniałego, uczonego, mądrego.

Przyznaję, pragnę być Kimś!, być wyjątkowa, szanowana, doceniana, pragnę, by liczono się z moim zdaniem. Dlatego chciałam pisać mądry, nadęty intelektualnie, wspaniały blog. Jednak zamiast tego, będzie mozolne wychodzenie z ciemności.

Pisanie ma ponoć – zresztą, jakoś tam trochę tego doświadczyłam – ogromne działanie terapeutyczne, więc będę pisać. I tak robię to od lat, ale teraz będę pisać, by może jeszcze ktoś mógł sobie to przeczytać. Nie wiem, czy w ogóle ktokolwiek zajrzy na tę moją stronkę, czy w ogóle komuś będzie chciało się poświęcić odrobinę czasu na przeczytanie tych moich jakichś tam rozmyślań. I przyznaję, że ta myśl nieco mnie przyhamowuje, bo od razu w mojej głowie rozlegają się słowa: ale po co ty to będziesz pisała, szkoda czasu i tak tego nikt nie przeczyta! No i takie tam. Ale stwierdziłam, że ok. Nikt tego nie przeczyta. W porządku. A ja i tak będę pisać. Choćby dla siebie. Tak po prostu. By jakoś się zaznaczyć. By pozostawić jakiś ślad, bo wszystko, co robimy tutaj na dole, odznacza się tam, w górze. Ale to zupełnie inny temat.

Moją wielką fascynacją, zachwytem, miłością są chasydzkie opowieści. Czytam je niemal codziennie. Wczoraj otworzyła mi się taka oto krótka opowieść:

             „Rabbi Rafał z Berszady powiedział: „Mówią, że pyszni narodzą się powtórnie jako pszczoły. Pyszny bowiem wciąż powtarza w głębi duszy: ‘Ja jestem pisarzem, ja jestem śpiewakiem, ja jestem uczonym’. A ponieważ to do nich właśnie odnoszą się słowa, że pyszni nie nawrócą się nawet u progu piekieł, odrodzą się więc po śmierci jako pszczoły, które huczą i brzęczą: ‘Ja jestem, ja jestem, ja jestem!’”. (Martin Buber, Opowieści chasydów)

Taka ot, historyjka. Nic wielkiego. Ale co o tym myśleć biorąc pod uwagę fakt, iż człowiek pragnie uznania, pragnie być kimś?

Tak myślę, że z jednej strony nie ma w tym niczego strasznego, czy raczej ciemnego, że mamy pragnienia bycia kimś ważnym, ale też chyba istotne jest rozróżnienie, skąd przychodzi nasze pragnienie. I tutaj z pomocą oczywiście pojawia się przede mną kolejna opowieść. Ale to tak króciutko.

Jest taka historia o dwóch wilkach, które żyją w nas. I to od nas zależy, którego z nich karmimy. A karmimy je naszymi myślami, naszym działaniem lub też brakiem działania. Z jednej strony jest nasza zawiść, lenistwo, złość, nienawiść, lęki, zabójstwa i cała gama wszelkich ciemnych spraw. Natomiast z drugiej jest nasza bezinteresowność, zrozumienie, dobre uczynki i tak dalej, i tak dalej, to wszystko, co napełnia nas (i innych) Światłem. (Bardzo ta opowieść przypomina słowa Zoharu o jecer hara i jecer hatow. Ale o tym innym razem.)

Czasami jednak niektóre ciemne rzeczy potrafią wyzwalać w nas i wokół nas ogromne, czy choćby maleńkie Światło. Mnie ogarnęło całe stado wilków, ciemnych, wyjących, to znów przymilających się zdradliwie, czekających, by tylko nakarmić je moim żalem, goryczą, złością, moim poczuciem bycia nikim, bycia bez wartości, moim zdołowaniem, przygnieceniem, zniewoleniem ogarniającymi mnie niezliczonymi codziennymi, przyziemnymi obowiązkami. A jednak, może właśnie dzięki temu postanowiłam, że będę o tym właśnie pisać, o tej walce, jaką toczę codziennie. I chociaż wiem, że ta walka nigdy się nie skończy, bo Stwórca, niech będzie błogosławiony, już od początku dał nam ciemność i Światło, to jednak wiem, że czym innym jest pozwalać, by coś nas niszczyło, a czym innym jest sprawiać, by karmić właściwą stronę.

Oj, wiele tematów tu mi się ukazuje, ale może o tym jakoś stopniowo dalej.

Jeśli ktoś tu zajrzy, poczyta, przeczyta i może pojawi się jakaś myśl, spostrzeżenie, uwaga, to proszę o komentarz.

Baruch Haszem

Ania Forystek

Na dobry początek pozwolę sobie zamieścić tekst, który napisałam w marcu obecnego, czyli 2014 roku. Jakoś przychodzi on do mnie i też trochę pokazuje moje postrzeganie rzeczywistości i to, co jest dla mnie ważne w tym moim tutaj pisaniu. Zachęcam do lektury. Tekst jest może trochę długi, ale prosty i właściwie banalny, może jednak kogoś zatrzyma w zamyśleniu, zainspiruje lub zachęci do czegoś pozytywnego.

AF

Puste kartony – spotkanie z Szechiną

Ostatni dzień marca. Wracałam do domu. Ulicą, która biegnie nieco w górę, szedł starszy mężczyzna. Z ogromnym trudem pchał przed sobą wózek cały załadowany różnymi kartonami. Patrzyłam na niego i poczułam, jak coś mnie dotknęło. Od razu pomyślałam, żeby dać mu chociaż kilka złotych. Ale, nie, nie, może nie. Minęliśmy się, on poszedł dalej ulicą w górę, ja chodnikiem w dół.

Pełna rozterek zdążyłam już dojść do drzwi wejściowych do kamienicy, ale widok tego mężczyzny nie dawał mi spokoju. Wahałam się, wątpiłam. Zaczęłam iść za tym mężczyzną. Ale znów zaczęłam się wahać. Jakiś głos mówił mi jednak: tak, tak, idź. Zdążył już sporo zawędrować, ale udało mi się go dogonić. Podeszłam i powiedziałam, że przepraszam, ale pcha ten wózek z tak wielkim trudem, że coś mu trochę wrzucę do kieszeni. I wrzuciłam mu pieniążki do kieszeni bluzy z polaru. Mężczyzna patrzył na mnie z ogromnym zdziwieniem. Zaczął sprawdzać kieszeń, ale ja już odeszłam. Nie odwróciłam się.

To może banalne zdarzenie dotknęło do głębi mego serca, mojej duszy. Czułam, jakbym spotkała samą Szechinę, z całym jej bólem wygnania, wędrówki, trudu, cierpienia. Jednocześnie przepraszałam w myślach tego mężczyznę, że może go uraziłam, bo może nie chciał pieniędzy, a może dałam mu za mało. Totalny smutek, żal, beznadzieja przeszyły całe moje istnienie. Zapłakałam nad swoim własnym bytem. Zobaczyłam, że to ja jestem tym, który z takim trudem pcha ten swój wózek, załadowany pustymi kartonami. To było tak przerażająco bolesne. Z mych oczu płynęły łzy oczyszczenia. A może ten mężczyzna był zachwycony swoimi kartonami, może po prostu chciał sobie coś do nich spakować? Pewnie nigdy nie poznam tej tajemnicy, ale wiem, że dotknęłam Bożej Obecności, która z wielką siłą skierowała mnie do tego mężczyzny. Jestem pewna, że tą ulicą szła Szechina.

Obraz tego mężczyzny ciągle mam przed oczami. A właściwie nie tego mężczyzny, lecz po prostu obraz Starca, który pcha przed sobą wózek załadowany kartonami i przeróżnymi przedmiotami. Idziemy przez nasze życie ze swoim załadowanym wózkiem, dorzucamy kolejne rzeczy, niektóre oddajemy, inne gubimy lub sprzedajemy za grosze, by przeżyć kolejny dzień. Czy nasza droga jest Drogą do Boga? Dokąd idziemy? Co wieziemy na tym naszym wózku? Czy to jest dla nas naprawdę aż tak ważne, że z takim trudem pchamy pod górę ten cały nasz bagaż? Jeśli te puste kartony są tym, w czym przeniesiemy i damy komuś cenne dary Boga, a nasza wędrówka, mimo trudu, daje nam Tchnienie Bożej Radości, wtedy jesteśmy na właściwej Drodze. Błogosławiony Jesteś Ty, Miłosierny, który wyzwalasz nas z nędzy, smutku i ubóstwa.

 

Wszystko jest ze sobą połączone, wszystko przepływa i splata się. Nikt nie jest oddzielony. Także zwierzęta, rośliny, przedmioty łączą się z nami. I tylko my mamy moc, tę moc od Boga, by rozjaśniać i wznosić, by uświęcać i błogosławić.

Baruch Haszem

Ania Forystek