Idź – uda ci się

Czy tego chcemy, czy nie, rodzice są najważniejszymi osobami w naszym życiu.

Ale nie muszą decydować o naszym dorosłym życiu.

Słowo RODZINA składa się z różnych liter. Każda jest inna, każda jest indywidualnością, każda może stworzyć wiele innych słów i znaczeń, ale są razem i tworzą całość. Gdy jednak indywidualność jest niszczona, to z nią niszczona jest rodzina. Jest tylko jedna wielka bryła, jakiś zlepek różnych materiałów, które męczą się, nie mogą swobodnie oddychać, nie widzą szerszej perspektywy, bo ciągle ktoś coś narzuca, do czegoś zmusza, czegoś oczekuje, czegoś rząda.

Jestem wielką fanką Korczaka, który mówił, że „nie ma dzieci, są ludzie” i że „z dzieckiem trzeba rozmawiać, a nie mówić do dziecka”.

Dziecko bardzo dużo rozumie. Może więc, zamiast zarzucać dziecko lawiną krzyczących słów, po prostu z dzieckiem porozmawiać. Porozmawiać – a nie krzyczeć do dziecka, nie zarzucać falą mowy. Rozmowa jest uznaniem, wysłuchaniem, próbą zrozumienia drugiej strony. Dziecko się uczy, poznaje, bada. Krzyk jest tylko znakiem naszej własnej bezsilności, a to niczego dobrego nie buduje. To niszczy i nas, i dziecko.

Jeśli, jako dzieci, byliśmy ciągle krytykowani, za wszystko, to jak zmienić myślenie o sobie? Jak zacząć wierzyć we własne zdolności, umiejętności? Jak zacząć dostrzegać i doceniać własną wartość?

Jak przestać czuć się gorszym?

Jak uwierzyć, że jestem wystarczająco dobra, by osiągać sukcesy?

Jak uwierzyć, że mogę być doceniana?

Jak uwierzyć, że mogę być chciana?

Jak uwierzyć, że inni mogą chcieć dużo płacić za moją pracę?

Jak uwierzyć, że mogę być kimś ważnym?

Krytyka może nas ściągać w dół. Myślimy: po co się starać, coś robić, skoro i tak nikt tego nie doceni, nikt tego nawet nie dostrzeże.

Krytyka i smutek. Bezsilność. Nic nie mogę. Nie mogę nic zrobić. Nie mogę nic zmienić.

Chcemy być dostrzegani, doceniani, kochani, wysoko wynagradzani, a tu nie ma nic. Pustka. Wokół same wysokie ściany, bez drzwi, bez drabiny. Okna z grubymi kotarami, zza których przenikają promienie światła, abyśmy nie zasnęli. A może są gdzieś jakieś drzwi? Zawsze musi być przecież jakieś wyjście? A jeśli nie ma? Wszystko zastygło, jakby zatrzymał się świat w nas, świat wokół nas, ale tylko ten w obszarze naszych ścian. Jeśli uderzę, to mur może runąć na mnie. A nawet nie mam czym uderzyć. Ręką? Śmieszne. Mur nawet tego nie poczuje, nawet nie drgnie. Podobno śpiew ma mocne wibracje, powoduje drgania, które mogą coś zmienić. Ale jak tu śpiewać, głos też zastygł w martwej uwięzi. Nie ma nic. Może przyleci niebiański orzeł i mnie zabierze na swych skrzydłach? A może niebiańskie orły nie istnieją? A może to wiara? Ale czy sama wiara wystarczy?

Jakże często dzieci płaczą, ale nikt ich nie pociesza, nikt ich nie przytula.

Dlaczego nasze dzieciństwo tak bardzo nas kształtuje?

Dlaczego tak ważne jest dostrzeganie dzieci, docenianie ich?

Czasem wystarczy minuta naszego cennego czasu, by przytulić dziecko i sprawić, że poczuje się bezpieczne.

A ta minuta jest fundamentem bezpiecznego budowania naszego dorosłego życia.

To wszystko wydaje się takie banalne, głupie, jakieś jakby wymyślone.

A jednak…

Jesteśmy jak zaawansowane technologicznie maszyny, które zapisują swoje schematy działania w początkowych kilku, kilkunastu latach życia. A później działamy według tychże właśnie schematów, programów.

Jako dorośli czasem przeszukujemy tę wielką bazę danych, by znaleźć źródło, by odnaleźć program, który okazuje się być złośliwym wirusem zatruwającym nasze życie, zaburzającym różne sfery naszego funkcjonowania. Czasem trzeba długo szukać, a program nie zawsze daje się odinstalować. Czasem wystarczy zamienić go na nowszą wersję. Ale ta nowsza wersja czasem okazuje się bardziej zaawansowaną wersją złośliwego oprogramowania, które jeszcze precyzyjniej działa siejąc zniszczenie w naszym życiu i zarażając przy tym innych.

Tak wielu jest badaczy, poszukiwaczy, tak wiele dróg, prób. I nawet, gdy wydaje nam się, że już znaleźliśmy właściwy trop, okazuje się, że najpierw trzeba jeszcze pozbyć się tego, zmienić coś innego, nauczyć się czegoś. I tak mija życie.

I nagle okazuje się, że jesteśmy dorośli, ale tej dorosłości w nas nie ma.

Bo dorośli są najmądrzejsi, wszystko wiedzą, ze wszystkim sobie doskonale radzą.

A my…

Ciągle zmagamy się z tym wystraszonym dzieckiem w nas. Zmagamy się z cieniem siebie samego, szukając sposobu na obdarzenie siebie miłością, której nigdy nie zaznaliśmy.

Idziemy ciągle zastanawiając się, czy to właściwa droga, czy to tak ma być, czy to jest dobre?

Działamy jak psujące się roboty. Przepraszam, że skrzypię, przepraszam, że się zacinam, przepraszam, że upadam, przepraszam, przepraszam, przepraszam.

Przepraszam, że jestem.

Przepraszam, że jestem nie wystarczający, słaby, bierny, jałowy.

Przepraszam za cały świat, że jest taki okrutny.

Może dlatego niektórzy lubią chodzenie po plaży. Drobny piasek miękko masuje nasze zbolałe stopy. Daje ukojenie po tym ciągłym chodzeniu po skalnych ścieżkach, pełnych ostrych krawędzi. A słodki szum fal staje się pieśnią-kołysanką, której nigdy nikt nam nie zaśpiewał. A wiatr staje się ciepłym oddechem zachęty, który mówi: nie bój się, idź, uda ci się, możesz, potrafisz. A nawet jeśli upadniesz, ja ucałuję twój ból. Idź, uda ci się.

 

!ברוך השם

 

Ania Forystek

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

proszę udowodnij, że nie jesteś okropnym SPAMbotem: [wymagane]