podwójne życie…

Nie mam czasu na oglądanie filmów. Ale ostatnio poczułam przemożną potrzebę, właściwie przymus obejrzenia, po raz nie wiem już który, może dziesiąty, jednego z moich ulubionych filmów: „Podwójne życie Weroniki” Krzysztofa Kieślowskiego. Ach, cóż to za rozkosz! Jeśli ktoś jeszcze tego filmu nie widział – zachęcam ogromnie.

Ta wrażliwość, ta niesamowita precyzja, gdzie każdy detal ma swoje ogromne znaczenie. To trochę jak z czytaniem Tory – możemy czytać ją po raz dwudziesty, pięćdziesiąty, a zawsze odkryjemy coś, czego wcześniej nie widzieliśmy, nie znaliśmy, nie rozumieliśmy. I tak też jest z tym filmem. Każde ujęcie, każdy błysk chwili, gest, słowo, dźwięk – wszystko ma znaczenie. Jedna rzecz łączy się w przedziwny, przepiękny sposób z inną i odkrywa nowe znaczenia, doznania, interpretacje, przeczucia, emocje.

I ten francuski… Kiedyś uczyłam się francuskiego. Niewiele mi z tamtej nauki pozostało, ale melodyka tego języka otwiera we mnie jakiś zupełnie inny rodzaj wrażliwości, jakąś tęsknotę, lekkość, radość, ból, inspirację.

Kiedyś, dawniej, byłam zafascynowana pantomimą. Uczyłam się w szkole Stefana Niedziałkowskiego i byłam przekonana, że zostanę wielką aktorką-mimem. Moje ciało pracowało genialnie, czułam ten sposób wyrazu artystycznego całą sobą. Nawet pojechałam do Paryża zdawać egzaminy wstępne do szkoły mimów Marcela Marceau, którego piękne zdjęcie zajmowało zaszczytne miejsce na ścianie mego pokoju.

więcej o Marcelu Marceau:

https://pl.wikipedia.org/wiki/Marcel_Marceau

Długo się przygotowywałam, byłam w bardzo dobrej formie, miałam opracowaną piękną etiudę pantomimiczną. Wydawało się, że wszystko mi sprzyja.

I co zrobiłam? Dzień przed pokazem etiud uznałam, że jest beznadziejna i muszę przygotować coś innego. Oczywiście wypadłam fatalnie i nie przyjęli mnie. Do dziś nie mogę zrozumieć, dlaczego to zrobiłam. Jestem przekonana, że moja etiuda była naprawdę świetna, z piękną muzyką. A pokazałam coś okropnego! Uh… I jeszcze mój znajomy, z którym wówczas pracowałam, zapytał: „Dlaczego nie chciałaś, żeby cię przyjęli?” A ja spojrzałam na niego wielkimi ze zdziwienia oczami.

Cóż, tak miało być.

Ale Paryż mnie zachwycił.

I ten francuski tak mi czasem powraca razem z tamtą moją wielką fascynacją. Dlaczego? Przyszłość pokaże. Szkoda tylko, że tak wielkie tam teraz prześladowania, napaści.

 

Ta muzyka z „Marionetek”… Piękna. To jedna ze scen z „Podwójnego życia Weroniki”. Może czekam ciągle na to moje wielkie przeistoczenie się w pięknego motyla? Hahaha! Na razie staję się dinozaurem. Może będę dinozaurem uskrzydlonym w barwne szaty Światła, wznoszące daleko, wysoko w podniebne, albo nadniebne przestworza niezgłębionych, nie odkrytych światów, gdzie Światło porywa nas i unosi na promieniach swych lśnień, przebłysków, zachwyceń. By zanurzyć się w Wielkim Słońcu, które niczym Święty Rydwan zawiezie nas do krainy wiecznej szczęśliwości, w której już żaden anioł śmierci nie będzie miał do nas dostępu.

 

Zachęcam wszystkich, by iść za swoimi marzeniami, by starać się je realizować, ale też widzieć więcej, to, co obok. I to, co daleko. Przychodzą mi na myśl jeszcze dwa zdania, chyba całkiem mądre, które ktoś kiedyś gdzieś zapisał:

„Nie myśl o tym, gdzie będziesz za tydzień, ale o tym, gdzie będziesz za pięć lat.”

I drugie:

„Prawdziwa wolność rodzi się wyłącznie w ryzach samodyscypliny.”

 

 

ברוך השם

 

Ania Forystek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

proszę udowodnij, że nie jesteś okropnym SPAMbotem: [wymagane]