masło maślane i niebieskie migdały

Czy kiedyś ktoś wynajdzie urządzenie nagrywające myśli? Ale tylko myśli właściciela. Nie wiem, czy coś takiego jest możliwe. I pewnie za chwilę, poza własnymi myślami, ktoś znalazłby sposób, jak też zarejestrować cudze myśli. A to już nie byłoby dobre.

Często, gdy jadę tramwajem, wchodzę w jakiś taki dziwny stan jakby półsnu, jakby medytacji. I wtedy przychodzi mi do głowy dużo ciekawych rzeczy, które – niestety – najczęściej później sobie ulatują. Ile już wierszy w ten sposób gdzieś sobie poleciało, ile rozważań, idei, pomysłów. Może jakiś inny umysł je przechwycił i jakoś urzeczywistnił?

Pomyślałam dziś, że właściwie można pisać o wszystkim i też, że wszystko kryje w sobie duchową iskrę, duchową myśl, przesłanie, wskazówkę.

Takie na przykład powiedzenie „masło maślane”, niezbyt mądre, krytyczne, często stosowane i wskazujące, że to, co mówimy, nie ma sensu, jest głupie, nie wnosi niczego nowego itd. A przecież to banalne stwierdzenie, jeśli zechcemy, może odkryć w sobie wiele, pozornie banalnego, jak chociażby, że masło można wyklarować. A wtedy – podczas procesu klarowania, czyli oczyszczania – oddzielamy wszystkie zwierzęce i nie tylko zanieczyszczenia z masła i otrzymujemy czysty, bardzo zdrowy, wysokiej jakości produkt.

A jak to jest w procesie duchowym? Nasze życie jest przecież takim właśnie procesem wyklarowywania naszego istnienia. Wychodzą całe brudy, całe stada wyjących zgnilizn, które jeszcze próbują przywrzeć do naczynia, jakim jest nasze ciało, dając nam przeróżne dolegliwości, choroby, zmęczenie i wiele innych, ale my – uparcie – ogrzewamy je, powoli, powoli. Trzeba tylko uważać, by temperatura nie była zbyt wysoka, bo wtedy masło się za mocno zagrzeje i może się przypalić. A wtedy nie będzie dobre. Asocjacje są bardzo oczywiste. Powolny proces, a co ciekawe, że do tego, by oczyścić, potrzebne jest ciepło.

Przypomniało mi się, jak kiedyś obserwowałam topiący się lód. Takie dosyć spore kawałki lodu. Powoli, stopniowo, pod wpływem ciepła, zmieniały konsystencję i stawały się wodą. A jak to jest z naszymi sercami, czy one nie stają się, jak te kawałki lodu? Czy nie stają się twardymi, wielkimi soplami, które gotowe są w każdej chwili zlecieć z tego wysokiego, nadętego dachu naszego bytu, by zawistnie wbić się w inne istnienie i je zniszczyć?

Ciekawe, że to właśnie ciepło sprawia, że coś się zmienia. I to właśnie pod wpływem ciepła zaznanego od drugiego człowieka, zaczyna w nas coś topnieć, budzić się, rozkwitać. Jeden człowiek może być dla człowieka źródłem życia, a to dlatego, że w każdym z nas jest iskra Boga, ta ciepła, a nawet gorąca Iskra, która może czynić cuda.

A co do cudów.

Czas na „niebieskie migdały”. To drugie takie dziwne, powszechnie używane określenie, które przyszło mi dziś do głowy podczas jazdy tramwajem. Gdy byłam dzieckiem, często słyszałam: „przestań myśleć o niebieskich migdałach”. Oj, aż mi się zimno zrobiło. Brrrr….

Tak, nie jest to zbyt pozytywne. Ale, ale. Migdały są bardzo zdrowe. Zawierają dużo witaminy E i cynk, które bardzo pozytywnie wpływają na naszą skórę i też na układ nerwowy. Potrafią czynić cuda. Ja uwielbiam migdały.

Migdały przypominają mi też laskę Arona, która zakwitła, gdy wynikł spór w obozie Moszego, o to, kto ma zostać najwyższym kapłanem.

Aron, to starszy brat Moszego, bardziej pewnie znany jako Mojżesz. Mosze (Mojżesz) dostał „zlecenie” od Boga, by wyprowadzić udręczony naród żydowski z Egiptu. I gdy już udało się wyjść (z pomocą Arona i – przede wszystkim – Boga), lud przez wiele, wiele lat wędrował po pustyni. I podczas tej wędrówki wiele się działo i była też zbudowana przenośna świątynia, zwana Miszkan. I w tej świątyni najwyższy urząd miał sprawować najwyższy kapłan. A tym kapłanem Bóg ustanowił właśnie Arona. Ale ludzie, jak to ludzie, zawistni i dalecy od bożej pokory, zbuntowali się. Bo dlaczego Aron, w czym jest od nas lepszy i takie tam.

Długa to historia, a tu chyba nie czas, żeby wszystko przytaczać, bo to też otwiera zupełnie inne przestrzenie. Jednak, jeśli ktoś chce sobie więcej o tym poczytać, polecam jako lekturę Torę (dla niektórych Stary Testament), parszę Korach, księga Bemidbar (czyli IV Księga Mojżeszowa, 16:1-18:32) Tak czy owak, znakiem od Boga wyboru Arona na najwyższego kohena, czyli kapłana, było właśnie to, że laska Arona jako jedyna spośród dwunastu, zakwitła. Zakwitła migdałowcem. A migdały, jak wspomniałam, potrafią czynić cuda.

Niebieskie migdały, to niebiańskie marzenia. A marzenia warto pielęgnować i zamieniać w plany, i realizować je, jak tylko możemy lub przynajmniej dążyć do tego i nie zniechęcać się, ale też nie pozostawać zawziętym. Marzenia czasami okazują się być tylko pewną wskazówką w tej naszej Drodze do Światła. A zbytnia zawziętość – niestety – często doprowadza do goryczy i zniszczenia. Bóg nie potrzebuje naszej zawziętości, ale na pewno mile jest Mu widziana gorliwość, żarliwość i gorące, czyste serce, które przeszło już proces klarowania lub destylacji.

Moim celem nie jest udzielanie dobrych rad czy moralizowanie. Chcę, by do ludzkich serc wpłynęło trochę Słońca, zwłaszcza teraz, gdy zima za oknem i by popłynęły łzy, które oczyszczą, stopią lód, którego woda obmyje i napełni pełnym Blaskiem.

I może nie warto tak bardzo przejmować się słowami, które są negatywne i raniące. Nie warto wzmacniać je. Chyba lepiej przetworzyć je na coś pozytywnego, nawet jeśli jest to powolne, mozolne, pozornie bezsensowne.

Oczyszczanie jest potężnym procesem, który wymaga dużej cierpliwości i konsekwencji. Nawet w najbardziej banalnych sytuacjach. Wczoraj miałam okropny dzień. Byłam totalnie zdołowana. Coś, jakiś głos, ciągle powtarzał mi: „jesteś bez wartości”, „nikomu nie jesteś potrzebna”. Czułam się fatalnie. I to było jeszcze dziś przez część dnia. Byłam przytłoczona, zmęczona, przygnieciona. A najgorsze w tym wszystkim było to, że cały czas miałam świadomość, że ogarnęło mnie coś ciemnego i że to mnie zniewala, ściąga w dół. Wszystko było pod górę, a gdy jeszcze tramwaj odjechał mi przed oczami, co oznaczało dziesięć minut czekania w zimnie i mżawce, byłam pokonana. Stanęłam pod daszkiem wystającym z przystanku, na tle pięknej pani reklamującej kosmetyki do makijażu jednej z wiodących firm kosmetycznych i zapatrzyłam się w dal. I w głąb siebie.

Zaczęłam myśleć, dlaczego tak jest? Dlaczego czuję się tak fatalnie? Przecież świat wokół mnie wygląda tak jak zawsze, mimo deszczu i szarości, ludzie są ludźmi i wszystko gra. Uświadomiłam sobie, że to wszystko jest tylko w mojej głowie. I tylko ode mnie zależy, co wybiorę. Czy antenę mojego serca ustawię na szum w eterze, na program, który narzeka, biadoli, oskarża, czy raczej włączę sobie jakąś miłą muzykę i pozwolę, by ciepło jej dźwięków wypełniło mnie swoim ciepłem?

Oczywiście to nie jest takie proste, gdy naprawdę czujemy się beznadziejnie, beznadziejni, nic nie warci. Ale zawsze jest wybór, jest ten mały promień, który może nas rozpalić. To nie było tak, że nagle uśmiechnęłam się i już wszystko było dobrze. Jeszcze przez kilka godzin męczyłam się sama ze sobą, byłam senna, jakby „przymroczona”, ale też czułam, jak proces klarowania powoli, powoli dokonuje się w moim sercu. Dlatego teraz piszę to, co piszę. Choć planowałam, że wcześniej położę się spać, by odpocząć od tego wszystkiego.

Pisanie to też oczyszczanie, które rozjaśnia. A to, co oczyszczone, staje się przejrzyste i zyskuje jakąś wartość, mniejszą czy większą, to już subiektywna ocena. Mniejsza z nią. Oceniamy według własnego czucia, własnego punktu, w którym aktualnie się znajdujemy. Wszystko przemija, a pozostaje to, co prawdziwe. A prawda jest czysta. I życie w prawdzie staje się czyste. Prawda i wiara, gdy idą w parze, wtedy też dzieje się dobrze.

Tak, to tyle na dziś moich rozważań. Takie przyszły.

 

Baruch Haszem.

Anna Forystek

2 komentarze

  1. Wyobraź sobie, że zamiast czekać 10 minut na następny tramwaj musisz iść z ciężkimi zakupami kilka kilometrów przez ciemny las, bo ostatni bus odjechał i nie masz czym wrócić do domu. Wtedy można wiele przemyśleć, tylko nie masz siły, by iść dalej i prosisz Haszem, by pomógł ci przejść kolejny kilometr. Czasem życie tak przytłacza, że trudno dostrzec Światło, a wędrówka po pustyni może trwać 40lat … Ja też urodziłam się 27 października , ale czy to ma jakieś znaczenie? Pozdrawiam

    1. Też 27 października! Super.
      Przyznaję, że nie interesuje mnie jakoś specjalnie astrologia, ale miło mi, gdy ktoś urodził się tego samego dnia i miesiąca. Wierzę, że dzień naszych narodzin, nigdy nie jest przypadkowy. A świadomość, że wtedy urodziły się osoby, które coś osiągnęły, co jest mi bliskie, dodaje mi sił, by iść, by działać, gdy droga przez ciemny las życia staje się szczególnie uciążliwa i bolesna.
      O tym więcej w moim wpisie „las Grota”. Polecam.
      Dziękuję.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

proszę udowodnij, że nie jesteś okropnym SPAMbotem: [wymagane]