Kolejna brama

Miało być o „niemym krzyku duszy”, ale tym razem będzie o głośnym krzyku duszy. Mojej duszy.

Właściwie zaczęłam pisać tak tylko dla siebie, by trochę ochłonąć. Ale pomyślałam, że w sumie może podzielić się tym z innymi, może inni też przechodzą takie jakieś tam rozterki duszy i ciała? Bo przecież ten mój blog, to taki właśnie mój blog i jest wyrazem mojej drogi, która może jednak jest nie tylko moją drogą, to znaczy, że nie tylko ja przeżywam to, co przeżywam, ale może są też inni, podobni. I może komuś te moje słowa jednak przyniosą jakieś ukojenie, wytchnienie, jakiś błysk, czy choćby maleńki blask.

I właściwie zastanawiam się, czy to zamieszczać, czy chcę, aby tak wyglądał ten mój blog, ale z drugiej strony, dlaczego nie? Jeśli jest jakimś tam zapiskiem drogi do Światła? A Droga do Światła, do prawdziwego Światła, często, a właściwie najczęściej jest zmaganiem się, przedzieraniem się. Bo to nie jest autostrada, gładka, wielopasmowa, którą można pędzić. To ścieżka niknąca w mroku, gęsta i mglista, na której nie ma niczego pewnego. Pewne jest tylko dążenie, podążanie do celu, który właściwie wcale nie jest pewny. A sama Droga przynosi wiele dobrego, jeśli tylko potrafimy nią iść, patrzeć, odczuwać, słyszeć, budzić się. I wciąż na nowo odnajdywać jakieś ślady tych, którzy szli przed nami. I dziękować Bogu za każdy krok, za każde dotknięcie Jego Cienia. A Jego Cień jest schronieniem i wytchnieniem, i cennym drogowskazem.

 

Tak widzę teraz, gdy już napisałam to, co poniżej, gdy już wyplątałam się z tych gałęzi umysłu, które próbowały mnie splątać, złapać i przygnieść, bym już nie wstała i nie poszła dalej Drogą do pełnego Światła.

 

A oto:

 

Piszę, by pisać, jak to dawniej bywało, by wyrzucić z siebie tę całą gorycz. Chyba najgorzej jest wszystko trzymać. Ale czasem naprawdę nie wiadomo, co zrobić, by wyładować tę potężną złość.

Nie mam już siły. Jest kilka pięknych dni, kiedy czuję w sobie ogromną radość, taką po prostu głęboką radość życia, a później znów przychodzi czas ciemny i ciężki. Nawet teraz przykro mi, że piszę to wszystko, że nie mam z kim porozmawiać, tak naprawdę Porozmawiać, spotkać drugiego Człowieka (takie Buberowskie ja i ty). Nie mam takiej bratniej duszy, kogoś, kto jest i kto po prostu wie, rozumie, widzi, doświadcza. Jeszcze chwilę temu miałam ochotę rzucić o podłogę jakąś szklanką, albo coś zniszczyć. Beznadzieja, bezsilność, gorycz. To moje uczucia.

Natan cały dzień oglądał bajki. A później zaczął płakać, że chce jeszcze. Wiem, że to dziecko, ale to jego marudzenie bardzo mnie irytuje, wyzwala we mnie właśnie tę moją uśpioną złość, żal, beznadzieję. Od razu idzie lawina myśli o tym, jaka jestem beznadziejna. Nigdy już moje życie nie będzie takie, jakie chciałabym, żeby było. Skrzypce, pianino, francuski, angielski, książki o chasydach, poezji, przyjaźń, miłość, partnerstwo, radość, spełnienie, wartościowa praca.

Jako dziecko nie miałam w sobie takiej siły, by powiedzieć rodzicom, że chcę uczyć się grać na skrzypcach. Później nie miałam siły powiedzieć, żeby kupili mi pianino, bym mogła kontynuować naukę, bo miałam już dosyć tego ślęczenia na korytarzu w szkole i czekania na jakąś chociażby chwilkę, by móc poćwiczyć granie. Środowisko zniechęcało mnie do nauki w ogóle i też do nauki języków. A dla tak młodej osoby, dla dziecka jednak najważniejszy jest wpływ rodziców i środowiska. Niestety nie miałam szczęścia. I teraz nie potrafię sobie z tym poradzić. Nie mam mocy realizacji. Oczywiście pozostaje mi tylko wiara, że tak się wydarzy, że to wszystko się jakoś stanie.

Gdy są te dni radosne, wtedy wszystko jest możliwe. A później znów jest beznadziejnie. I przychodzi wielka gorycz i żal, że nie mogłam, że nadal nie mogę, nie potrafię. Chyba rzeczywiście nadaję się tylko do garów i do sprzątania. Straszne to.

Marzę o zupełnie innym życiu. I w sobie, gdzieś wewnątrz czuję się właśnie zupełnie inną osobą niż niektórzy być może mnie postrzegają.

No nic. Pozostaje mi czekać, aż znowu będą piękne dni i łapać je wtedy gorliwie, by jak najwięcej zrobić. Moje plany, pomysły, marzenia. Czekają, w skrzyniach pamięci, pozamykane. One przynajmniej są cierpliwe i wytrwałe. Może kiedyś, jakoś, się wydarzy. Naprawdę zazdroszczę tym, którzy mają moc realizacji, wiarę, siłę, konsekwencję działania. Jest marzenie, pomysł, plan, realizacja. I dalej do przodu. A ja tkwię w tej gęstej mazi. Czasem uda mi się zrobić jakiś krok do przodu i później znowu zmaganie się, z brakiem zdrowego poczucia własnej wartości, z poczuciem bezsilności, z tym ciągłym „a po co ci to?” i tak dalej.

 

Chyba już wystarczy. Dość. Trzeba otrząsnąć się. Zrzucić z siebie ten kurz, brud, smołę lepką i cuchnącą i do przodu. Do Słońca. Przez ogień i wodę.

 

Tak. To tyle. Kolejna brama.

 

Baruch Haszem!

 

Anna Forystek

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

proszę udowodnij, że nie jesteś okropnym SPAMbotem: [wymagane]