Droga

Droga z ciemności do Światła czasami staje się drogą ze Światła do ciemności. Gęstej, dławiącej, przytłaczającej ciemności, która krzyczy, która szlocha, która w wielkiej rozpaczy próbuje przebić się przez gęste zasłony, skorupy, mury. Tutaj nie ma niebiańskiego, świetlistego orła, który wzbija się wysoko w niebo i leci do Słońca, a jego pióra połyskują złociście. Tutaj jest ciemna, złowroga przepaść, tutaj każdy krok jest zawieszeniem, pustką, strachem przed upadkiem, upadkiem, upadkiem.

Przytłacza mnie strach, rozpacz dławiąca, zmęczenie niezliczoną ilością przyziemnych obowiązków. Skowyt mojej duszy spowija całe moje ciało. W ciemności nie ma radości, nie ma śmiałego podążania. Jest tylko mozolne przedzieranie się przez kolejne i kolejne warstwy lepkich od błota gałęzi, mokrych i ciężkich, które coraz to owijają się wokół stóp, nóg, twarzy i próbują przytrzymać. Czasem im się to udaje. Wtedy nie jest łatwo. Wtedy jest tylko ból, piekący ból. Skóra moich dłoni pęka i piecze. Coś próbuje przejść, mówić, wołać. Ale co? Dłonie, które miały wydobywać natchnione dźwięki, dłonie, które miały pisać, dłonie, które miały głaskać, dłonie, które miały wskazywać, dłonie, które miały …

Nie ma nic. Jest tylko ciemność, którą moje dłonie mozolnie rozbijają. Lecą kolejne skorupy i kolejne. Jak dużo ich jeszcze? Czy po to się urodziłam, narodziłam, by wciąż rozbijać te palące mury?

Światło jest w oczach dziecka, w jego ciepłym dotyku, w jego niepojętej jeszcze miłości. Światło jest w świadomości drogi. Światło jest w myślach, które stopniowo się rozjaśniają wraz z kolejnym strumieniem słów, które jak rozpaczliwa modlitwa, powolnym strumieniem wyciosują wąskie korytarze Drogi. Światło jest w łzach, które nas zatrzymują, które wstrzymują krzyk bezsilności, a wyzwalają cichą pokorę i trwogę, tę dobrą trwogę, która wiedzie do Stwórcy, niech będzie Błogosławiony.

Jak długo jeszcze trzeba mi będzie przedzierać się przez tę gęstą maź? Nie mam już siły, a droga jest daleka i mglista. Czasami zjawiają się anioły, śpiewają, wtedy na chwilę wszystko się rozświetla, czy choćby kawałek drogi staje się jaśniejszy. I czasem nawet można biec, cieszyć się i tańczyć. I wszystko staje się takie proste, tak banalnie proste. Jakby cały świat jednoczył się, równoważył, rozświetlał. By po chwili znów zanurzyć się w otchłań zimną, ciemną i nieznaną. Ale jakby znaną, czekaną, przeczuwaną.

Czy możliwe jest dla człowieka osiągnięcie Środka? Czy możliwe jest odrzucenie wszelkich ambicji, pragnień, dążeń i po prostu Bycie? Czy możliwe jest takie całkowite przylgnięcie do Stwórcy w miłości, przylgnięcie jecer hara i jecer hatow, by już nie było podziału i aby zły popęd rozpuścił się w Świetle i by całkowicie służył jasności? Tej pierwotnej jasności, z której dopiero wyłoniła się ciemność. Ale ciemność jest dla nas, abyśmy przemieniali ją w Światło, abyśmy stale wybierali. I niestety taka jest też rola zła, czy raczej tych złych impulsów, które są w nas, które nieustannie nas osaczają. One mają popychać nas do dobrego, do właściwych wyborów.

Jednak czasami gęstość ciemności staje się niemal nie do przebicia i co wtedy? Zawsze pozostają łzy. Łzy ponoć, oprócz głębokiej, szczerej modlitwy, potrafią otworzyć niebiańską bramę. Tylko trzeba się zatrzymać, pozwolić, by wyszedł z niej anioł i przyjąć jego dłoń.

 

Tak, pisanie to dobra rzecz.

Już mi trochę lepiej. Trochę, bo jeszcze jest we mnie jakaś wściekłość, która dalej trzyma kilof i kruszy skorupy, kawałek po kawałku. Bolesne to, ale może taka właśnie ma być, teraz, moja droga. Może tak ma być.

 

Baruch Haszem.

Ania

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

proszę udowodnij, że nie jesteś okropnym SPAMbotem: [wymagane]