Zagubiłam się w ciemnym lesie.

Wszędzie wokół jakieś cienie,

czasem w oddali, a czasem tuż obok

czuję na sobie ich zimny wzrok

jakieś dłonie lodowato palące próbują pochwycić część mnie

światło znikome, tylko promienie księżyca

zimne od gorącego słońca

tylko noc, rój gwiazd, z których coraz to któraś upada

gdy upada dusza, na świecie nastaje ciemność

gałęzie pieszczotliwie smagają moje ciało

próbują zatrzymać bieg mego wątłego żywota

którędy iść, gdy drogi nie widać?

Jak odnaleźć zagubioną dawno aleję tysiąca świateł?

Jak we mgle, idę, do przodu, do przodu

krok za krokiem, czuję, jak prowadzi mnie ziemia

korzenie wielowiekowych drzew łagodnie wznoszą moje stopy

nie wiem, gdzie jestem, nie wiem, dokąd iść

zagubiłam się? Jestem…

taki nagły smutek. Skąd? Dlaczego? Czy znów spadają gwiazdy?

Kiedy już spadnie moja, czy przeistoczy się w inną?

Kawałki martwych skał, pyłów, które w drżeniu upadku wzlatują

w inny wymiar ponadczasowości, pozaistnienia

jest inny świat, pełen światła, w którym strach przed ciemnością

nie istnieje. Jest…

 

B’H

AF

Jeśli kiedyś, pewnego dnia, może jeszcze dzisiaj, może jutro albo za pięć lat, Haszem zapyta mnie: „Gdzie jesteś?” Nie chcę wtedy uciekać, chować się i wołać: „bo to ona mi kazała, bo to przez niego!” Chcę zatrzymać się i powiedzieć: „Jestem. Jestem tutaj, dla Ciebie, aby rozjaśniać świat Twoim Światłem, które mi dałeś.”

Gdzie jesteś, człowieku – w swoim świecie? Jak daleko zaszedłeś?” O tym, w jedym ze swoich opowiadań, do których lubię wracać, mówi Martin Buber. Jakże często uciekamy, chowamy się, bo wiemy, że nie jesteśmy w porządku. Myślimy: e tam, i tak nikt nie widzi, co robię. A co to kogo obchodzi, co robię, to moja sprawa. Albo mówimy sobie, że jutro się zmienimy. I tak upływa nasze życie. Uciekamy przed samym sobą, chowamy się w ciemności, by nie widzieć tego, co naprawdę jest w nas, co jest dobre, wartościowe i chce zajaśnieć, ale wymaga od nas prawd y i odwagi, ale też nie chcemy widzieć tej naszej strasznej, ciemnej części, uciekamy przed naszą ciemną pustką, przed fałszem, ignorancją, zawiścią, które są w nas.

Ciemność, której zdajemy się nie widzieć, z każdym dniem coraz mocniej nas pochłania. Jest jak wsysające bagno. Wmawiamy sobie, że to nasze wspaniałe życie, że jesteśmy cudowni. Nie widzimy naszego zakłamania, masek i przebrań, które coraz bardziej krzyczą i ściskają nasze gardła i serca, a bagnista ciemność staje się cuchnącym odorem, którego my sami już nie czujemy. Dlaczego tak bardzo boimy się otworzyć na Światło, na spotkanie ze Źródłem? Tylko Haszem podtrzymuje ten świat, tylko On daje nam życie. Dlaczego więc uciekamy?

Laszon ha-ra (לשון הרע) – ten syczący język węża, na który można odpowiedzieć tylko: „Dość! Wynoś się z mojego życia.” Nie możemy już dłużej pozwalać, aby wstrzykiwano nam jad nienawiści, fałszu, zakłamania. Dość!

Trzymamy nasze dusze w klatkach nienawiści, wmawiając sobie i wszystkim wokół, że wszystko jest dobrze. I pełni żalu pytamy: dlaczego ten świat jest taki okrutny? Bo w naszym zamknięciu widzimy tylko mur, który sami zbudowaliśmy. Bo nie chcemy wpuścić Światła, nie chcemy pomocy, miłości, akceptacji. Wolimy schować się i nasłuchiwać szeleszczącego syku węża, którego kierujemy do innych, a który zbliża się, by w końcu pożreć nas samych.

Nie chcę uciekać od samej siebie, nie chcę uciekać od Stwórcy, Jedynego, Błogosławionego. Dlatego mówię: Oto jestem. הנני

AF

Ogarnęła mnie ciemność, totalna, przerażająca ciemność. Czy to już koniec? – pomyślałam. Koniec, czego? Koniec mojego świata? Nie ma już nic, żadnego światła, nic. Nawet za oknem jest całkowicie szary, przygnębiający świat bez nadziei – pomyślałam. Spojrzałam na okno. Na szybie zobaczyłam mnóstwo małych kropli deszczu, krople lśniły blaskiem… Łzy wszechświata stały się świetliste. Nawet przy braku słońca. Nawet, gdy słońce pozostaje w ukryciu, gdy wszystko płacze i wydaje się, że nic już nie ma sensu. Blask tych małych kropli budzi iskrę, maleńką, drżącą. Blask odległego światła, wielkiego światła, pamięć o Źródle Światła.

AF

Dlaczego smutna jesteś duszo moja?

Bo tikunu swego nie znam? Bo drogę zgubiłam?

Może kiedyś, może w innym gilgul rozerwę zaklęte koło

teraz nie potrafię, moje światło przygasa

nie widzę, w mroku postępuję i jedynie fizyczny ból

zaświadcza jeszcze o moim marnym istnieniu

istnieniu w niebycie, w materii ciążącej

bez celu, bez sensu, w poplątanych ścieżkach dawnych marzeń

w przywidzeniach sennych, w których oczyszczone z ciała przez stado

wygłodniałych robaków – czaszki

puste bez wyrazu, czasem z lekkim uśmiechem lżącej drwiny

puste oczy, doły wypełnione cieniem

cieniem śmierci, która przyszła za wcześnie, za późno

stosy pustych oczodołów, stosy pełnych dołów

bez litości bez tchnienia.

Chesed…

 

AF

Znowu walka. Potężna walka z napierającymi z każdej strony siłami ciemności. Życie, każdy dzień, każda chwila, to stały wybór, między światłem a ciemnością. Często jednak ten wybór jest okupiony walką, nawet gdy nie mamy już siły. Chciałoby się już poddać, odejść. Ale nie można. My jedynie wybieramy w naszej własnej świadomości lub nieświadomości, po której chcemy być stronie. Co jest do stracenia? Wszystko. Upadek. Oderwanie się. W upadku jest wzlot. Jeśli chcemy wzlecieć. Drżenie duszy porywa nas, gdy podejmujemy decyzję wzlotu. Gdy upadamy. Czasem jest to jak błysk iskry, na moment pojawia się i znika w głębinach ciemności. Ale jest. Ta wiedza daje siłę. Tak rodzi się tikun.

Potop zabrał wszystko to, czego nie wziął do arki Noach. Bóg obiecał, że nie ześle już więcej potopu, aby zgładzić wszelkie żyjące stworzenie. Ale potop, nasz własny, dla nas, nadal do nas przychodzi. Zalewają nas fale smutku, którego kresu nie widać. Co jest arką? Gdzie jest nasza arka? Błysk światła szczęścia, radości, sensu pojawia się na chwilę, gdy robimy coś ważnego dla nas, coś, co płynie z naszej duszy, karmi ją i podtrzymuje. Ale ciało szybko traci sens, traci bieg wewnętrznych rzek i strumieni. Tylko morze łez próbuje nawodnić suchy ląd wnętrza arki. Ale sól tworzy korozję. Uwięzieni w arce. Co czuł Noach i jego rodzina, gdy wszędzie wokół była tylko bezkresna woda? Jak wielkie musiało być ich zaufanie, wypełnione strachem, wiarą, brakiem mocy działania. Co robili, o czym rozmawiali? Jakie mieli sny i marzenia?

Moja arka dryfuje gdzieś, dokądś. Gdy wydaje się, że zieleń drzew i blask słońca budzą iskry wybawienia, znów ulewność niweczy świtanie. Jak długo jeszcze żyć trzeba będzie w ukryciu, w zamknięciu, schowku, przechowalni? Morze smutku i bezsilności unosi moją małą łódź. Płynę. Może jest gdzieś piękny, bezpieczny ląd. Może chociaż Gan Eden… Może brama na chwilę się otworzy, gdy wody otoczą wirujący ogień Cherubów. W zamknięciu, bez Słońca, bez szumu drzew, w szacie złudnej nadziei. Po co to wszystko? Eksperyment życie. A co jest dalej? Dusze przychodzą i odchodzą. I kolejne pokolenia. I nic. Cień. Szeleszcząca, skrzypiąca cisza. Stado zwierząt, zamknięte w arce, poddane woli swego Stwórcy. W pokornej cierpliwości.

Siedzę w arce, robię to, co mi nakazano i (nie)cierpliwie znoszę kołysanie fal i czekanie. Czekam aż ukaże się nowy, piękny świat.

B’H

Martwy skowyt dzikich zwierząt przecina ciemny las

nie ma drogi nie ma…

głęboko schowana, zakopana, zasypana

kłębowiskiem…

zwierzęta, ludzie, ptaki, cienie

cisza, martwa, bez skargi, bez nawoływań

tylko czemu ziemia płacze

łzami, które dawno już wyschły od bólu ciągłego

szum drzew, które bezustannie nucą

Kadisz

jak nigun snujący swe korytarze

by dotrzeć do głęboko ukrytej komnaty

do Szir HaSzirim

do Blasku, Tchnienia, do uśmiechu Szechiny

a tylko oddech, głęboki oddech Ziemi unosi się

w milczeniu,

już nie krzyczy głos ziemi,

już nie woła o brata swego

już tylko rzewnie śpiewają drzewa

których coraz mniej

za mało

A’F

Czy tego chcemy, czy nie, rodzice są najważniejszymi osobami w naszym życiu.

Ale nie muszą decydować o naszym dorosłym życiu.

Słowo RODZINA składa się z różnych liter. Każda jest inna, każda jest indywidualnością, każda może stworzyć wiele innych słów i znaczeń, ale są razem i tworzą całość. Gdy jednak indywidualność jest niszczona, to z nią niszczona jest rodzina. Jest tylko jedna wielka bryła, jakiś zlepek różnych materiałów, które męczą się, nie mogą swobodnie oddychać, nie widzą szerszej perspektywy, bo ciągle ktoś coś narzuca, do czegoś zmusza, czegoś oczekuje, czegoś rząda.

Jestem wielką fanką Korczaka, który mówił, że „nie ma dzieci, są ludzie” i że „z dzieckiem trzeba rozmawiać, a nie mówić do dziecka”.

Dziecko bardzo dużo rozumie. Może więc, zamiast zarzucać dziecko lawiną krzyczących słów, po prostu z dzieckiem porozmawiać. Porozmawiać – a nie krzyczeć do dziecka, nie zarzucać falą mowy. Rozmowa jest uznaniem, wysłuchaniem, próbą zrozumienia drugiej strony. Dziecko się uczy, poznaje, bada. Krzyk jest tylko znakiem naszej własnej bezsilności, a to niczego dobrego nie buduje. To niszczy i nas, i dziecko.

Jeśli, jako dzieci, byliśmy ciągle krytykowani, za wszystko, to jak zmienić myślenie o sobie? Jak zacząć wierzyć we własne zdolności, umiejętności? Jak zacząć dostrzegać i doceniać własną wartość?

Jak przestać czuć się gorszym?

Jak uwierzyć, że jestem wystarczająco dobra, by osiągać sukcesy?

Jak uwierzyć, że mogę być doceniana?

Jak uwierzyć, że mogę być chciana?

Jak uwierzyć, że inni mogą chcieć dużo płacić za moją pracę?

Jak uwierzyć, że mogę być kimś ważnym?

Krytyka może nas ściągać w dół. Myślimy: po co się starać, coś robić, skoro i tak nikt tego nie doceni, nikt tego nawet nie dostrzeże.

Krytyka i smutek. Bezsilność. Nic nie mogę. Nie mogę nic zrobić. Nie mogę nic zmienić.

Chcemy być dostrzegani, doceniani, kochani, wysoko wynagradzani, a tu nie ma nic. Pustka. Wokół same wysokie ściany, bez drzwi, bez drabiny. Okna z grubymi kotarami, zza których przenikają promienie światła, abyśmy nie zasnęli. A może są gdzieś jakieś drzwi? Zawsze musi być przecież jakieś wyjście? A jeśli nie ma? Wszystko zastygło, jakby zatrzymał się świat w nas, świat wokół nas, ale tylko ten w obszarze naszych ścian. Jeśli uderzę, to mur może runąć na mnie. A nawet nie mam czym uderzyć. Ręką? Śmieszne. Mur nawet tego nie poczuje, nawet nie drgnie. Podobno śpiew ma mocne wibracje, powoduje drgania, które mogą coś zmienić. Ale jak tu śpiewać, głos też zastygł w martwej uwięzi. Nie ma nic. Może przyleci niebiański orzeł i mnie zabierze na swych skrzydłach? A może niebiańskie orły nie istnieją? A może to wiara? Ale czy sama wiara wystarczy?

Jakże często dzieci płaczą, ale nikt ich nie pociesza, nikt ich nie przytula.

Dlaczego nasze dzieciństwo tak bardzo nas kształtuje?

Dlaczego tak ważne jest dostrzeganie dzieci, docenianie ich?

Czasem wystarczy minuta naszego cennego czasu, by przytulić dziecko i sprawić, że poczuje się bezpieczne.

A ta minuta jest fundamentem bezpiecznego budowania naszego dorosłego życia.

To wszystko wydaje się takie banalne, głupie, jakieś jakby wymyślone.

A jednak…

Jesteśmy jak zaawansowane technologicznie maszyny, które zapisują swoje schematy działania w początkowych kilku, kilkunastu latach życia. A później działamy według tychże właśnie schematów, programów.

Jako dorośli czasem przeszukujemy tę wielką bazę danych, by znaleźć źródło, by odnaleźć program, który okazuje się być złośliwym wirusem zatruwającym nasze życie, zaburzającym różne sfery naszego funkcjonowania. Czasem trzeba długo szukać, a program nie zawsze daje się odinstalować. Czasem wystarczy zamienić go na nowszą wersję. Ale ta nowsza wersja czasem okazuje się bardziej zaawansowaną wersją złośliwego oprogramowania, które jeszcze precyzyjniej działa siejąc zniszczenie w naszym życiu i zarażając przy tym innych.

Tak wielu jest badaczy, poszukiwaczy, tak wiele dróg, prób. I nawet, gdy wydaje nam się, że już znaleźliśmy właściwy trop, okazuje się, że najpierw trzeba jeszcze pozbyć się tego, zmienić coś innego, nauczyć się czegoś. I tak mija życie.

I nagle okazuje się, że jesteśmy dorośli, ale tej dorosłości w nas nie ma.

Bo dorośli są najmądrzejsi, wszystko wiedzą, ze wszystkim sobie doskonale radzą.

A my…

Ciągle zmagamy się z tym wystraszonym dzieckiem w nas. Zmagamy się z cieniem siebie samego, szukając sposobu na obdarzenie siebie miłością, której nigdy nie zaznaliśmy.

Idziemy ciągle zastanawiając się, czy to właściwa droga, czy to tak ma być, czy to jest dobre?

Działamy jak psujące się roboty. Przepraszam, że skrzypię, przepraszam, że się zacinam, przepraszam, że upadam, przepraszam, przepraszam, przepraszam.

Przepraszam, że jestem.

Przepraszam, że jestem nie wystarczający, słaby, bierny, jałowy.

Przepraszam za cały świat, że jest taki okrutny.

Może dlatego niektórzy lubią chodzenie po plaży. Drobny piasek miękko masuje nasze zbolałe stopy. Daje ukojenie po tym ciągłym chodzeniu po skalnych ścieżkach, pełnych ostrych krawędzi. A słodki szum fal staje się pieśnią-kołysanką, której nigdy nikt nam nie zaśpiewał. A wiatr staje się ciepłym oddechem zachęty, który mówi: nie bój się, idź, uda ci się, możesz, potrafisz. A nawet jeśli upadniesz, ja ucałuję twój ból. Idź, uda ci się.

 

!ברוך השם

 

Ania Forystek

 

 

Olita

 

Stoi samotna

Tonie w śniegu, a jej piękne oczy spoglądają z wysoka

Zabita synagoga…

Dom modlitwy gorliwej, żarliwej,

Dom, gdzie życie wartkim nurtem snuło swe podziemne korytarze,

By ślady w duszy pozostawić,

By uczynić widzialnym to, co niewidzialne, co nie dotknięte, nie odgadnione

I co dalej?

Nie ma nic.

Puste okna, które już nawet nie krzyczą, choć smutek przeraźliwy snuje swe zimne, parzące pieśni

Pieśni śmierci, pieśni okrucieństwa, gdy Oblicze zostało zakryte…

Gwiazdy i kwiaty i sny

I trud rąk tych, którzy budowali

Czy dlatego Kohelet mówił

„Wszystko daremne”

wszystko ulotne…

ale nie wolno nam rezygnować, nie wolno nam być biernymi

trzeba budować, wznosić to, co pozostanie

co będzie śladem, który nie pozwoli nie pamiętać

cegła na cegle i wszystko nicość, pył

jakaż wielka marność,

jakaż nieludzka czerń serca i umysłu

nie sposób zrozumieć, nie sposób uwierzyć,

że człowiek może stać się bestią,

może dlatego warto być całym sobą we wszystkim, co się robi dobrego, mądrego, zdrowego

bo nigdy nie wiemy, kiedy budowla naszego życia zostanie zburzona

i co z niej pozostanie:

ziejące pustką okna, niebieskie gwiazdy, może kilka skręconych w tkliwe ornamenty liści, które nigdy nie wypuszczą pędów, które nigdy nie usłyszą rzeki modlitw, szeptów, pieśni…

ale dopóki są – przypominają

dopóki są – zachęcają, zmuszają, krzyczą pustką milczenia, zniszczenia, by nie stać jedynie,

by budować nowe tchnienie,

by pył ruin zamienić w niebiański pył świetlistych kół

świętego Rydwanu,

by wznieść świat górny, by świat dolny powstał, odrodził się, ocalał,

odnalazł Drogę Istnienia.

 

Czytałam niedawno, po raz kolejny Josela Rakowera rozmowa z Bogiem. Książka ta, została wydana przez krakowskie Wydawnictwo Homini w roku 2007. Zawiera też kopie oryginałów w języku jidysz. Jest niezwykłą, wzruszającą historią, można powiedzieć dokumentem, modlitwą Josela Rakowera, który tuż przed śmiercią w getcie warszawskim w roku 1943 napisał swoją „rozmowę z Bogiem”.

Ten „testament”, po raz pierwszy był opublikowany w argentyńskim „Di jidysze Cajtung”, w Buenos Aires, 25 września 1946 roku, jako dodatek do numeru poświęconego Jom Kipur. I od tego czasu tekst właściwie zaczął żyć własnym życiem, czyli jako autentyczny zapis Josela Rakowera.

Jak się okazało, dzieło Josela Rakowera rozmowa z Bogiem zostało później przetłumaczone na wiele języków, tyle że tłumacze „zapominali” dodawać nazwisko autora i zaczęli wprowadzać pewne drobne zmiany w samym tekście. I tak „Josel Rakower”, jak Golem Maharala, zaczął swój samodzielny byt.

Wydanie polskie, do którego się odnoszę, zawiera posłowie Paula Badde, który przez kilka lat badał kwestię Josela Rakowera. Okazało się, że autorem utworu jest Zvi Kolitz, Żyd z Litwy, który nigdy nie był w Warszawie, a podczas Szoa, początkowo mieszkał we Włoszech, a następnie, w 1940 roku przeniósł się do Jerozolimy. Był zaangażowany w ruch Żabotyńskiego, który walczył o utworzenie Państwa Izrael, a także w ruch Irgunu, dążący do wyrzucenia Anglików w Erec Israel stosując metodę zamachów bombowych.

Zvi Kolitz urodził się 14 września 1930 roku w Olicie na Litwie. Był synem wysoko cenionego rabina, który jednak zmarł, gdy Zvi miał jedenaście lat. W 1937 roku z matką i rodzeństwem opuścił Litwę i nigdy już tam nie wrócił. Jednak obraz rodzinnej miejscowości, tej jeszcze sprzed zagłady, jaka się tam dokonała w 1941 roku, na zawsze pozostał w jego pamięci. A ja oczywiście pozwoliłam sobie spojrzeć na Olitę i na tę zniszczoną synagogę, która dała mi impuls do tego małego utworu poetyckiego, który zamieściłam powyżej.

Będąc już w Erec Israel, Zvi Kolitz dowiadywał się o tym, co dzieje się w Europie Środkowo-Wschodniej z Żydami. Jednak, jak mówił, oni (ci, którzy wraz z nim przebywali w Erec Israel) nie mogli uwierzyć w te wszystkie straszne wydarzenia, a o komorze gazowej dowiedział się dopiero w 1945 roku. Wszystkie te opowieści-relacje na tyle dotknęły świadomość Kolitza, że gdy będąc w Argentynie został poproszony o napisanie czegoś z okazji Jom Kipur do „Di Jidysze Cajtung” w Buenos Aires, w 1946 roku, w ciągu kilku dni, w hotelu, napisał ten właśnie „testament-rozmowę”, który później stał się jednym z najczęściej cytowanych utworów-świadectw czasu Zagłady na świecie.

Zvi Kolitz, jako Josel syn Dowida Rakowera z Tarnopola, chasyd, zwolennik rebego z Ger i potomek cadyków, zapisuje coś w rodzaju testamentu, wielkiego wyznania wiary, w ostatnich chwilach przed śmiercią w jednej z płonących kamienic warszawskiego getta, 28 kwietnia 1943 roku. Była to rzekoma wiadomość pozostawiona w butelce, w murach kamienicy, na wzór takich, które zdarzało się później, po wojnie, odnajdywać. W całości zapisana w języku jidysz. Opisuje krótką historię swojej (Josela Rakowera) rodziny, śmierć żony i szóstki dzieci. Widzimy płonące getto warszawskie i ostatnią garstkę broniących się. Jednak to, co jest jakby ponad całą opisywaną tu strasznością Zagłady, to bezwarunkowa wiara w Boga, w słuszność Jego czynów, nawet jeśli są dla nas niezrozumiałe. Szoa, to według Josela, czas, gdy Bóg „zakrył swoje oblicze” (jid. ‘hastores ponem’) pozwalając, by świat uległ swoim dzikim popędom, a ciemność i śmierć stają się wybawieniem.

Całość zamyka się słowami pełnego oddania się Bogu, uznania Jedynego Boga i powierzenia Mu swego ducha, swej duszy.

Josela Rakowera rozmowa z Bogiem jest głębokim, wzruszającym tekstem, który do dziś budzi kontrowersje. Wielu czytelników uznaje jego prawdziwość, autentyczność, inni nie. Niektórzy odrzucają autorstwo Zvi Kolitza, nie chcą uwierzyć, że mógł to napisać ktoś, kto nigdy nie przeżył osobiście okrucieństw Szoa. Niektórzy zarzucają autorowi fałszerstwo. Są też tacy, którzy akceptują autora, widząc w nim kogoś, kto w doskonały sposób oddał cały ból i tragizm tych wszystkich, którzy ginęli. Dlatego też pozostaje sporna kwestia, czy tekst ten można uznać za dokument, za tekst źródłowy, czy jako zwykłe opowiadanie. Tak czy inaczej, uważam, jak i duża część badaczy i czytelników, iż dzieło Zvi Kolitza zasługuje na miano wartościowego źródła dotyczącego Zagłady, gdyż dotyka głębi ludzkiego cierpienia, istoty wiary; jest specyficzną rozmową z Bogiem, która pokazuje siłę ludzkiego ducha nawet w tych najokrutniejszych, nigdy nie zrozumiałych warunkach ludzkiego zniszczenia, gdy zwierzę zdaje się być bardziej ludzkie, niż człowiek. Jest jednocześnie próbą zachowania pamięci o tych, którzy walczyli, którzy zginęli; jest obroną tych, którzy wierzyli, ale też próbą uzyskania „przychylności” Boga dla tych, którzy stracili wiarę w obliczu tak wielkich okrucieństw.

 

ברוך השם

AF

 

 

אחד

Litera ALEF. Słowo na literę alef: Elokim. A po Elokim: potężne ECHAD. Jeden. Jedyny. Tylko ON.

Był, Jest, Będzie.

Kiedy spojrzymy na drukowaną literę alef, zobaczymy dwie jud oraz waw. To nam daje 26. 26 to liczba Imienia – Haszem. Alef to początek wszystkiego, początek początków. Jest światem duchowej jedności, zawiera świat górny i świat dolny, świat materialny i świat duchowy, oddzielony ukośnym waw – 6. Szósty dzień tygodnia, przedsmak Szabatu. Szósty dzień Stworzenia – Człowiek.

Po Alef mamy literę Chet. Chet, według zapisu soferów, to dwie stojące naprzeciwko siebie litery zajn, połączone jedynie maleńkim daszkiem. Chet kryje w sobie przeciwieństwa.

Chet to świat Stworzony, świat, o który trzeba walczyć, by przetrwać, w którym każdego dnia musimy dokonywać właściwego wyboru: jestem reaktywny, czy proaktywny. Świat przeciwieństw, świat dobra i zła.

Po Chet przychodzi Dalet. Delet – drzwi. Drzwi – Brama. 50 Bram. Na końcu jest brama, na końcu i na początku. Koniec jest początkiem, początek jest końcem. Wszystko staje się jednością. Szomer Delet Israel, ten, który strzeże. Ten, który jest wystarczający. I też ten, który z ognistym wirującym mieczem strzeże wejścia do Gan Eden. Drzwi. Dalet to cztery. Cztery strony świata. Dalet to jeszcze dwa, bo sam składa się z dwóch kresek, dwa – góra i dół, cztery strony świata oraz góra i dół.

Od Alef, poprzez Chet, do Dalet. Życie, przejście, przekroczenie. Droga – Derech.

Duchowość, Droga, Drzwi.

ECHAD. Jeden.

Dwa judy. Dwie indywidualności łączą się w jedno poprzez Waw.

DWEKUT. Jedność – dwa. Dwa to Bet, Bet to Bereszit. Początek. Bereszit – Echad.

 

!ברוך השם

Ania Forystek