Potop zabrał wszystko to, czego nie wziął do arki Noach. Bóg obiecał, że nie ześle już więcej potopu, aby zgładzić wszelkie żyjące stworzenie. Ale potop, nasz własny, dla nas, nadal do nas przychodzi. Zalewają nas fale smutku, którego kresu nie widać. Co jest arką? Gdzie jest nasza arka? Błysk światła szczęścia, radości, sensu pojawia się na chwilę, gdy robimy coś ważnego dla nas, coś, co płynie z naszej duszy, karmi ją i podtrzymuje. Ale ciało szybko traci sens, traci bieg wewnętrznych rzek i strumieni. Tylko morze łez próbuje nawodnić suchy ląd wnętrza arki. Ale sól tworzy korozję. Uwięzieni w arce. Co czuł Noach i jego rodzina, gdy wszędzie wokół była tylko bezkresna woda? Jak wielkie musiało być ich zaufanie, wypełnione strachem, wiarą, brakiem mocy działania. Co robili, o czym rozmawiali? Jakie mieli sny i marzenia?

Moja arka dryfuje gdzieś, dokądś. Gdy wydaje się, że zieleń drzew i blask słońca budzą iskry wybawienia, znów ulewność niweczy świtanie. Jak długo jeszcze żyć trzeba będzie w ukryciu, w zamknięciu, schowku, przechowalni? Morze smutku i bezsilności unosi moją małą łódź. Płynę. Może jest gdzieś piękny, bezpieczny ląd. Może chociaż Gan Eden… Może brama na chwilę się otworzy, gdy wody otoczą wirujący ogień Cherubów. W zamknięciu, bez Słońca, bez szumu drzew, w szacie złudnej nadziei. Po co to wszystko? Eksperyment życie. A co jest dalej? Dusze przychodzą i odchodzą. I kolejne pokolenia. I nic. Cień. Szeleszcząca, skrzypiąca cisza. Stado zwierząt, zamknięte w arce, poddane woli swego Stwórcy. W pokornej cierpliwości.

Siedzę w arce, robię to, co mi nakazano i (nie)cierpliwie znoszę kołysanie fal i czekanie. Czekam aż ukaże się nowy, piękny świat.

B’H

Martwy skowyt dzikich zwierząt przecina ciemny las

nie ma drogi nie ma…

głęboko schowana, zakopana, zasypana

kłębowiskiem…

zwierzęta, ludzie, ptaki, cienie

cisza, martwa, bez skargi, bez nawoływań

tylko czemu ziemia płacze

łzami, które dawno już wyschły od bólu ciągłego

szum drzew, które bezustannie nucą

Kadisz

jak nigun snujący swe korytarze

by dotrzeć do głęboko ukrytej komnaty

do Szir HaSzirim

do Blasku, Tchnienia, do uśmiechu Szechiny

a tylko oddech, głęboki oddech Ziemi unosi się

w milczeniu,

już nie krzyczy głos ziemi,

już nie woła o brata swego

już tylko rzewnie śpiewają drzewa

których coraz mniej

za mało

A’F

Czy tego chcemy, czy nie, rodzice są najważniejszymi osobami w naszym życiu.

Ale nie muszą decydować o naszym dorosłym życiu.

Słowo RODZINA składa się z różnych liter. Każda jest inna, każda jest indywidualnością, każda może stworzyć wiele innych słów i znaczeń, ale są razem i tworzą całość. Gdy jednak indywidualność jest niszczona, to z nią niszczona jest rodzina. Jest tylko jedna wielka bryła, jakiś zlepek różnych materiałów, które męczą się, nie mogą swobodnie oddychać, nie widzą szerszej perspektywy, bo ciągle ktoś coś narzuca, do czegoś zmusza, czegoś oczekuje, czegoś rząda.

Jestem wielką fanką Korczaka, który mówił, że „nie ma dzieci, są ludzie” i że „z dzieckiem trzeba rozmawiać, a nie mówić do dziecka”.

Dziecko bardzo dużo rozumie. Może więc, zamiast zarzucać dziecko lawiną krzyczących słów, po prostu z dzieckiem porozmawiać. Porozmawiać – a nie krzyczeć do dziecka, nie zarzucać falą mowy. Rozmowa jest uznaniem, wysłuchaniem, próbą zrozumienia drugiej strony. Dziecko się uczy, poznaje, bada. Krzyk jest tylko znakiem naszej własnej bezsilności, a to niczego dobrego nie buduje. To niszczy i nas, i dziecko.

Jeśli, jako dzieci, byliśmy ciągle krytykowani, za wszystko, to jak zmienić myślenie o sobie? Jak zacząć wierzyć we własne zdolności, umiejętności? Jak zacząć dostrzegać i doceniać własną wartość?

Jak przestać czuć się gorszym?

Jak uwierzyć, że jestem wystarczająco dobra, by osiągać sukcesy?

Jak uwierzyć, że mogę być doceniana?

Jak uwierzyć, że mogę być chciana?

Jak uwierzyć, że inni mogą chcieć dużo płacić za moją pracę?

Jak uwierzyć, że mogę być kimś ważnym?

Krytyka może nas ściągać w dół. Myślimy: po co się starać, coś robić, skoro i tak nikt tego nie doceni, nikt tego nawet nie dostrzeże.

Krytyka i smutek. Bezsilność. Nic nie mogę. Nie mogę nic zrobić. Nie mogę nic zmienić.

Chcemy być dostrzegani, doceniani, kochani, wysoko wynagradzani, a tu nie ma nic. Pustka. Wokół same wysokie ściany, bez drzwi, bez drabiny. Okna z grubymi kotarami, zza których przenikają promienie światła, abyśmy nie zasnęli. A może są gdzieś jakieś drzwi? Zawsze musi być przecież jakieś wyjście? A jeśli nie ma? Wszystko zastygło, jakby zatrzymał się świat w nas, świat wokół nas, ale tylko ten w obszarze naszych ścian. Jeśli uderzę, to mur może runąć na mnie. A nawet nie mam czym uderzyć. Ręką? Śmieszne. Mur nawet tego nie poczuje, nawet nie drgnie. Podobno śpiew ma mocne wibracje, powoduje drgania, które mogą coś zmienić. Ale jak tu śpiewać, głos też zastygł w martwej uwięzi. Nie ma nic. Może przyleci niebiański orzeł i mnie zabierze na swych skrzydłach? A może niebiańskie orły nie istnieją? A może to wiara? Ale czy sama wiara wystarczy?

Jakże często dzieci płaczą, ale nikt ich nie pociesza, nikt ich nie przytula.

Dlaczego nasze dzieciństwo tak bardzo nas kształtuje?

Dlaczego tak ważne jest dostrzeganie dzieci, docenianie ich?

Czasem wystarczy minuta naszego cennego czasu, by przytulić dziecko i sprawić, że poczuje się bezpieczne.

A ta minuta jest fundamentem bezpiecznego budowania naszego dorosłego życia.

To wszystko wydaje się takie banalne, głupie, jakieś jakby wymyślone.

A jednak…

Jesteśmy jak zaawansowane technologicznie maszyny, które zapisują swoje schematy działania w początkowych kilku, kilkunastu latach życia. A później działamy według tychże właśnie schematów, programów.

Jako dorośli czasem przeszukujemy tę wielką bazę danych, by znaleźć źródło, by odnaleźć program, który okazuje się być złośliwym wirusem zatruwającym nasze życie, zaburzającym różne sfery naszego funkcjonowania. Czasem trzeba długo szukać, a program nie zawsze daje się odinstalować. Czasem wystarczy zamienić go na nowszą wersję. Ale ta nowsza wersja czasem okazuje się bardziej zaawansowaną wersją złośliwego oprogramowania, które jeszcze precyzyjniej działa siejąc zniszczenie w naszym życiu i zarażając przy tym innych.

Tak wielu jest badaczy, poszukiwaczy, tak wiele dróg, prób. I nawet, gdy wydaje nam się, że już znaleźliśmy właściwy trop, okazuje się, że najpierw trzeba jeszcze pozbyć się tego, zmienić coś innego, nauczyć się czegoś. I tak mija życie.

I nagle okazuje się, że jesteśmy dorośli, ale tej dorosłości w nas nie ma.

Bo dorośli są najmądrzejsi, wszystko wiedzą, ze wszystkim sobie doskonale radzą.

A my…

Ciągle zmagamy się z tym wystraszonym dzieckiem w nas. Zmagamy się z cieniem siebie samego, szukając sposobu na obdarzenie siebie miłością, której nigdy nie zaznaliśmy.

Idziemy ciągle zastanawiając się, czy to właściwa droga, czy to tak ma być, czy to jest dobre?

Działamy jak psujące się roboty. Przepraszam, że skrzypię, przepraszam, że się zacinam, przepraszam, że upadam, przepraszam, przepraszam, przepraszam.

Przepraszam, że jestem.

Przepraszam, że jestem nie wystarczający, słaby, bierny, jałowy.

Przepraszam za cały świat, że jest taki okrutny.

Może dlatego niektórzy lubią chodzenie po plaży. Drobny piasek miękko masuje nasze zbolałe stopy. Daje ukojenie po tym ciągłym chodzeniu po skalnych ścieżkach, pełnych ostrych krawędzi. A słodki szum fal staje się pieśnią-kołysanką, której nigdy nikt nam nie zaśpiewał. A wiatr staje się ciepłym oddechem zachęty, który mówi: nie bój się, idź, uda ci się, możesz, potrafisz. A nawet jeśli upadniesz, ja ucałuję twój ból. Idź, uda ci się.

 

!ברוך השם

 

Ania Forystek

 

 

Olita

 

Stoi samotna

Tonie w śniegu, a jej piękne oczy spoglądają z wysoka

Zabita synagoga…

Dom modlitwy gorliwej, żarliwej,

Dom, gdzie życie wartkim nurtem snuło swe podziemne korytarze,

By ślady w duszy pozostawić,

By uczynić widzialnym to, co niewidzialne, co nie dotknięte, nie odgadnione

I co dalej?

Nie ma nic.

Puste okna, które już nawet nie krzyczą, choć smutek przeraźliwy snuje swe zimne, parzące pieśni

Pieśni śmierci, pieśni okrucieństwa, gdy Oblicze zostało zakryte…

Gwiazdy i kwiaty i sny

I trud rąk tych, którzy budowali

Czy dlatego Kohelet mówił

„Wszystko daremne”

wszystko ulotne…

ale nie wolno nam rezygnować, nie wolno nam być biernymi

trzeba budować, wznosić to, co pozostanie

co będzie śladem, który nie pozwoli nie pamiętać

cegła na cegle i wszystko nicość, pył

jakaż wielka marność,

jakaż nieludzka czerń serca i umysłu

nie sposób zrozumieć, nie sposób uwierzyć,

że człowiek może stać się bestią,

może dlatego warto być całym sobą we wszystkim, co się robi dobrego, mądrego, zdrowego

bo nigdy nie wiemy, kiedy budowla naszego życia zostanie zburzona

i co z niej pozostanie:

ziejące pustką okna, niebieskie gwiazdy, może kilka skręconych w tkliwe ornamenty liści, które nigdy nie wypuszczą pędów, które nigdy nie usłyszą rzeki modlitw, szeptów, pieśni…

ale dopóki są – przypominają

dopóki są – zachęcają, zmuszają, krzyczą pustką milczenia, zniszczenia, by nie stać jedynie,

by budować nowe tchnienie,

by pył ruin zamienić w niebiański pył świetlistych kół

świętego Rydwanu,

by wznieść świat górny, by świat dolny powstał, odrodził się, ocalał,

odnalazł Drogę Istnienia.

 

Czytałam niedawno, po raz kolejny Josela Rakowera rozmowa z Bogiem. Książka ta, została wydana przez krakowskie Wydawnictwo Homini w roku 2007. Zawiera też kopie oryginałów w języku jidysz. Jest niezwykłą, wzruszającą historią, można powiedzieć dokumentem, modlitwą Josela Rakowera, który tuż przed śmiercią w getcie warszawskim w roku 1943 napisał swoją „rozmowę z Bogiem”.

Ten „testament”, po raz pierwszy był opublikowany w argentyńskim „Di jidysze Cajtung”, w Buenos Aires, 25 września 1946 roku, jako dodatek do numeru poświęconego Jom Kipur. I od tego czasu tekst właściwie zaczął żyć własnym życiem, czyli jako autentyczny zapis Josela Rakowera.

Jak się okazało, dzieło Josela Rakowera rozmowa z Bogiem zostało później przetłumaczone na wiele języków, tyle że tłumacze „zapominali” dodawać nazwisko autora i zaczęli wprowadzać pewne drobne zmiany w samym tekście. I tak „Josel Rakower”, jak Golem Maharala, zaczął swój samodzielny byt.

Wydanie polskie, do którego się odnoszę, zawiera posłowie Paula Badde, który przez kilka lat badał kwestię Josela Rakowera. Okazało się, że autorem utworu jest Zvi Kolitz, Żyd z Litwy, który nigdy nie był w Warszawie, a podczas Szoa, początkowo mieszkał we Włoszech, a następnie, w 1940 roku przeniósł się do Jerozolimy. Był zaangażowany w ruch Żabotyńskiego, który walczył o utworzenie Państwa Izrael, a także w ruch Irgunu, dążący do wyrzucenia Anglików w Erec Israel stosując metodę zamachów bombowych.

Zvi Kolitz urodził się 14 września 1930 roku w Olicie na Litwie. Był synem wysoko cenionego rabina, który jednak zmarł, gdy Zvi miał jedenaście lat. W 1937 roku z matką i rodzeństwem opuścił Litwę i nigdy już tam nie wrócił. Jednak obraz rodzinnej miejscowości, tej jeszcze sprzed zagłady, jaka się tam dokonała w 1941 roku, na zawsze pozostał w jego pamięci. A ja oczywiście pozwoliłam sobie spojrzeć na Olitę i na tę zniszczoną synagogę, która dała mi impuls do tego małego utworu poetyckiego, który zamieściłam powyżej.

Będąc już w Erec Israel, Zvi Kolitz dowiadywał się o tym, co dzieje się w Europie Środkowo-Wschodniej z Żydami. Jednak, jak mówił, oni (ci, którzy wraz z nim przebywali w Erec Israel) nie mogli uwierzyć w te wszystkie straszne wydarzenia, a o komorze gazowej dowiedział się dopiero w 1945 roku. Wszystkie te opowieści-relacje na tyle dotknęły świadomość Kolitza, że gdy będąc w Argentynie został poproszony o napisanie czegoś z okazji Jom Kipur do „Di Jidysze Cajtung” w Buenos Aires, w 1946 roku, w ciągu kilku dni, w hotelu, napisał ten właśnie „testament-rozmowę”, który później stał się jednym z najczęściej cytowanych utworów-świadectw czasu Zagłady na świecie.

Zvi Kolitz, jako Josel syn Dowida Rakowera z Tarnopola, chasyd, zwolennik rebego z Ger i potomek cadyków, zapisuje coś w rodzaju testamentu, wielkiego wyznania wiary, w ostatnich chwilach przed śmiercią w jednej z płonących kamienic warszawskiego getta, 28 kwietnia 1943 roku. Była to rzekoma wiadomość pozostawiona w butelce, w murach kamienicy, na wzór takich, które zdarzało się później, po wojnie, odnajdywać. W całości zapisana w języku jidysz. Opisuje krótką historię swojej (Josela Rakowera) rodziny, śmierć żony i szóstki dzieci. Widzimy płonące getto warszawskie i ostatnią garstkę broniących się. Jednak to, co jest jakby ponad całą opisywaną tu strasznością Zagłady, to bezwarunkowa wiara w Boga, w słuszność Jego czynów, nawet jeśli są dla nas niezrozumiałe. Szoa, to według Josela, czas, gdy Bóg „zakrył swoje oblicze” (jid. ‘hastores ponem’) pozwalając, by świat uległ swoim dzikim popędom, a ciemność i śmierć stają się wybawieniem.

Całość zamyka się słowami pełnego oddania się Bogu, uznania Jedynego Boga i powierzenia Mu swego ducha, swej duszy.

Josela Rakowera rozmowa z Bogiem jest głębokim, wzruszającym tekstem, który do dziś budzi kontrowersje. Wielu czytelników uznaje jego prawdziwość, autentyczność, inni nie. Niektórzy odrzucają autorstwo Zvi Kolitza, nie chcą uwierzyć, że mógł to napisać ktoś, kto nigdy nie przeżył osobiście okrucieństw Szoa. Niektórzy zarzucają autorowi fałszerstwo. Są też tacy, którzy akceptują autora, widząc w nim kogoś, kto w doskonały sposób oddał cały ból i tragizm tych wszystkich, którzy ginęli. Dlatego też pozostaje sporna kwestia, czy tekst ten można uznać za dokument, za tekst źródłowy, czy jako zwykłe opowiadanie. Tak czy inaczej, uważam, jak i duża część badaczy i czytelników, iż dzieło Zvi Kolitza zasługuje na miano wartościowego źródła dotyczącego Zagłady, gdyż dotyka głębi ludzkiego cierpienia, istoty wiary; jest specyficzną rozmową z Bogiem, która pokazuje siłę ludzkiego ducha nawet w tych najokrutniejszych, nigdy nie zrozumiałych warunkach ludzkiego zniszczenia, gdy zwierzę zdaje się być bardziej ludzkie, niż człowiek. Jest jednocześnie próbą zachowania pamięci o tych, którzy walczyli, którzy zginęli; jest obroną tych, którzy wierzyli, ale też próbą uzyskania „przychylności” Boga dla tych, którzy stracili wiarę w obliczu tak wielkich okrucieństw.

 

ברוך השם

AF

 

 

אחד

Litera ALEF. Słowo na literę alef: Elokim. A po Elokim: potężne ECHAD. Jeden. Jedyny. Tylko ON.

Był, Jest, Będzie.

Kiedy spojrzymy na drukowaną literę alef, zobaczymy dwie jud oraz waw. To nam daje 26. 26 to liczba Imienia – Haszem. Alef to początek wszystkiego, początek początków. Jest światem duchowej jedności, zawiera świat górny i świat dolny, świat materialny i świat duchowy, oddzielony ukośnym waw – 6. Szósty dzień tygodnia, przedsmak Szabatu. Szósty dzień Stworzenia – Człowiek.

Po Alef mamy literę Chet. Chet, według zapisu soferów, to dwie stojące naprzeciwko siebie litery zajn, połączone jedynie maleńkim daszkiem. Chet kryje w sobie przeciwieństwa.

Chet to świat Stworzony, świat, o który trzeba walczyć, by przetrwać, w którym każdego dnia musimy dokonywać właściwego wyboru: jestem reaktywny, czy proaktywny. Świat przeciwieństw, świat dobra i zła.

Po Chet przychodzi Dalet. Delet – drzwi. Drzwi – Brama. 50 Bram. Na końcu jest brama, na końcu i na początku. Koniec jest początkiem, początek jest końcem. Wszystko staje się jednością. Szomer Delet Israel, ten, który strzeże. Ten, który jest wystarczający. I też ten, który z ognistym wirującym mieczem strzeże wejścia do Gan Eden. Drzwi. Dalet to cztery. Cztery strony świata. Dalet to jeszcze dwa, bo sam składa się z dwóch kresek, dwa – góra i dół, cztery strony świata oraz góra i dół.

Od Alef, poprzez Chet, do Dalet. Życie, przejście, przekroczenie. Droga – Derech.

Duchowość, Droga, Drzwi.

ECHAD. Jeden.

Dwa judy. Dwie indywidualności łączą się w jedno poprzez Waw.

DWEKUT. Jedność – dwa. Dwa to Bet, Bet to Bereszit. Początek. Bereszit – Echad.

 

!ברוך השם

Ania Forystek

Tak mało czasu, by pisać…

Tak wiele myśli przepływa, odchodzi, chowa się pod płaszczem Istnienia zbyt szybko ulatującego.

Jak pozbierać te wszystkie rozsypane Iskry?

Jak naprawić Naczynie, którego kawałki krążą po całym Wszechświecie?

Bycie na brzegu wymaga stabilnego, mocnego oparcia. Może dlatego należy robić ogrodzenie na dachu (jak czytamy w tekście Tory). Upadek z wysokości może okazać się końcem.

Wzlatywanie czy schodzenie w głąb? Czym jest podróż do wnętrza, do samego kresu Pokoi, Pomieszczeń, Pałaców? Może to poza wszelkim ludzkim pojęciem przestrzeni, coś, co jest zarówno w górze, jak i w dole, wewnątrz i na zewnątrz?

Czy każda ciemność kryje w sobie Iskrę Światła? Czy to nie nadęta, udająca skromną Naiwność?

Jeśli na początku była Ciemność, a Światło zostało stworzone i oddzielone, to na początku nie było Światła. Ale tamta Ciemność, pierwotna, nie była tą ciemnością, późniejszą. Pierwsza Ciemność, nie jest ciemnością. Jest wszystkim i niczym, wielkim potencjałem nicości i wielości, rozpiętości i małości, wzlotu i upadku, pełni i pustki, Bytu i prochu.

Błyski Światła czasem są złudzeniem, czasem są…

Iskry tańczą na czystym Niebie.

Pustka zapełnia mrok.

Światło wskazuje.

Boski Elektryk łączy zwoje i ożywia; to, co dotąd zimne i ciche, staje się Naczyniem.

Wytrzymać Moc.

Przejść nad otchłanią, w której kłębowisko czarnych nici, splata ciężki wór nicości, niebytu.

Czym jest ciemność? Czy to tylko brak Światła? Czy wystarczy zdjąć kolejne zasłony? Czym one są? Jak nie dać się zagarnąć, zawładnąć?

ECHAD

Tylko Jeden.

Tylko On.

Bez początku, bez końca.

Jego Iskry w Ciemności, jak świetliki, pojawiają się, by za chwilę zniknąć w nieprzeniknionym gąszczu drzew.

Stary Las. Człowiek jest jak drzewo…

Wysoko w górze…

I głęboko w dole…

Rozpięty między bezkresem możliwości i piekącym bólem niemocy.

Pan i Nikt.

A korzenie wysoko…

Co może zniszczyć korzenie, rzucić w przepaść?

Jeśli Naczynie nie wytrzymało nadmiaru Światła?

A co z ciemnością?

Jaki jest nadmiar ciemności?

Czy to Zagłada?

Rozbija i rozrzuca…

I znowu trzeba szukać, łączyć, kleić.

Czy wszystko kryje Iskrę?

Czy zawsze jest Nadzieja?

EMET kryje MOT

Prawda kryje Śmierć

Śmierć jest kresem czy początkiem?

MOT to też OLAMOT

Śmierć – Światy, Wieczność

Czy to oznacza wieczny powrót, wieczne scalanie rozbitych Naczyń, wieczne poszukiwanie zagubionych Iskier?

Czy raczej wielość Światów, wielowymiarowość, wielość Istnienia?

ורוח אלקים מרחפת על פני המים…

 

!ברוך השם

Ania Forystek

„Pewien filozof spierał się z szanowanym rabinem o istnienie Boga. Przekonywał go, że prócz wielu przekonujących dowodów na Jego istnienie, mamy równie przekonujące dowody na to, że Boga nie ma. W końcu się rozzłościł. ‚Jesteś mądrym człowiekiem’, powiedział do rabina, ‚dlaczego nie chcesz uznać argumentów przeciwko istnieniu Boga?’.

Rabin uśmiechnął się. ‚Zazdroszczę ci’, powiedział filozofowi. ‚Jesteś tak pochłonięty rozważaniem kwestii istnienia Boga, że wciąż o Nim myślisz, podczas gdy ja poświęcam większość czasu na myślenie o sobie’. Na tym się rozstali.

Filozof poczuł się dotknięty uwagami rabina, zmartwił się jednak brakiem odpowiedzi na swoje pytanie. Czas mijał, filozof robił się coraz starszy i wreszcie pojął, co kryło się w słowach rabina. ‚Rabin naprawdę mnie obraził’, stwierdził. ‚Spędzam tyle czasu na rozważaniu kwestii istnienia Boga, ponieważ jestem pewien, że ja istnieję, pozostaje więc pytanie, czy istnieje Bóg. Rabin przyjmuje istnienie Boga za pewnik, pozostaje więc odwieczne pytanie, czy istnieje rabin, a jeśli tak, to dlaczego?'”

Simon Jacobson, Ku życiu, które ma sensPrzemyślenia Rebego Menachema Schneersona, Wyd. Nisza 2012, s.281-282.

 

!ברוך השם

Ania Forystek

Jak nie dać się, nie ulec, nie pozwolić się zagarnąć tym wszystkim ciemnym stworom? Ciągła walka, walka z własnymi (a może nie własnymi?) myślami, emocjami, odczuciami, opiniami. Jak długo jeszcze? Uczę się utrzymywać linię pozytywnego myślenia, pozytywnego nastawienia. Czasem mam wrażenie, że gdzieś we mnie i jakby poza mną, wokół mnie odbywają się niezliczone ilości potężnych walk zastępów. Dwie armie: Światła i ciemności, a każda z nich próbuje zdominować, zwyciężyć. Ta ciągła walka jest tak bardzo męcząca. Pocieszające jest jedynie pamiętanie, że łzy otwierają wrota rachamim (miłosierdzia).

Wypełnia mnie „wsobność”, próbuję znaleźć własny kawałek schronienia, gdzieś tam, wewnątrz siebie.

Jakiś świat, nowy, inny nadchodzi. Coś walczy o życie, o miłość, o Blask. Pod stopami skrzypią stare deski, a spróchniałe skrzypce zawzięcie próbują wygrywać żałośnie radosne melodie.

Mam nadzieję, że nie skończę jak Sylvia Plath lub Wacław Niżyński. Pamiętam jak kiedyś, w nocy, oglądałam film „Niżyński” na podstawie pamiętników Niżyńskiego i strasznie płakałam, miałam wtedy wrażenie, że lektor w tym filmie, odczytuje moje własne myśli, smutne i bolesne.

Czasem postrzeganie staje się ostre, każdy zmysł odczuwa, a to odczuwanie zdaje się być jak gdyby wdychaniem milionów rozżarzonych metalowych opiłków. Wszystko wtedy kłuje i dotyka, swędzi i uwiera. Myślę, że zbyt duża wrażliwość, sensytywność, może stać się pewnego rodzaju szaleństwem. Odczuwam niekiedy jakby wewnętrzną prawdę schowaną za każdym gestem, każdym spojrzeniem, każdą myślą niewypowiedzianą. Boli mnie fałsz ludzi, boli mnie moje własne zakłamanie. Kim jestem? Dokąd dojdę w tej mojej wędrówce? Co tak naprawdę ma sens i głębokie znaczenie?

Otaczamy się tak ogromną ilością niepotrzebności. A może tak ma być? Czy Pirke Awot nie uczy nas: „Kto jest mądry? Ten, kto uczy się od każdego” (Pirke Awot, 4-1)? Tylko, czy nasza nauka jest właściwa? Zastanawiam się, czy właściwie przerabiam te moje życiowe lekcje. Może czegoś nie widzę? Może coś niszczę? Może coś przeinaczam? A może nazbyt jestem bierna? Może za bardzo się chowam? Boję się krytyki. Bolesna jest prześmiewczość. Ludzie bywają czasem tak bardzo gruboskórni, banalni i jałowi. A słowa potrafią wryć się w psychikę i drążyć swoje własne tunele, by co jakiś czas wynurzyć się i znów dotknąć tafli wody, i znów fale rozejdą się na cztery strony świata, świata uczuć i wrażliwości.

Walka musi trwać. Bóg stworzył ciemność i Światło. By walczyć? By wybierać?

Ostatnimi nocy, często nie mogę spać. Czuję, jak wokół mnie krążą zastępy, gromady niestrudzonych wojowników ciemności, którzy pragną przebić mur mego istnienia. A czasem przychodzi jakiś spokój, Światło nocy wypełnia spokojem moje zmysły i otulają mnie słodkie marzenia senne. I ciągle ta muzyka z „Listy Schindlera” (wspominałam o tym niedawno).

Haszem, Pan Zastępów, Pan wszelkich możliwości, Ten, Który Jest, Który Zwycięża.

 

!ברוך השם

 

af

jakże ciemna staje się noc, w którą zakrywasz swoje Oblicze
jakże wiotkie stają się i cienkie kikuty naszych marnych tchnień
jakże zimny i gęsty potok krwi ciemnej i ciepłej
wpływa w kanały ulic i rąk ciążących nagością rażącą
w wąskich uliczkach bez końca
jakże oddychać w słoności fal unoszących się od łez jakże ciężkich
jak wiele jeszcze ich
jak długo jeszcze tak
jak bardzo błąkać się i łkać
przyjdzie Jej i nam

 

!ברון השם

af

Jak to się dzieje, że czasami coś się w naszej głowie „zafiksuje” i żyje jakby zupełnie własnym życiem.

Już od miesiąca, każdego dnia, słyszę w mojej głowie motyw z filmu „Lista Schindlera”. Zaczynam się obawiać o swoje zdrowie psychiczne. Mój umysł stał się starym gramofonem, w którym igła trafiła na jakąś rysę i nie może pójść dalej. Trzeba małego drgnięcia, poruszenia, by muzyka grała dalej. U mnie zatrzymała się na jednym utworze i odtwarza go niemal nieustannie. Nawet gdy pojawiają się jakieś inne motywy, np. szabatowe, to i tak w tle słyszę „Listę Schindlera”.

Oczywiście dało mi to i nadal daje do zastanowienia się, dlaczego? Bo to już naprawdę długi czas. Czasem coś jakby „chodzi za nami”, nuci nam się, powtarza, ale później idzie w swoją stronę i tyle. A teraz jest jakoś inaczej.

Pomyślałam, że może mam jeszcze raz zobaczyć ten film, może jest w nim dla mnie jakieś przesłanie. Jak dotąd, obejrzałam około siedemdziesięciu minut, a film trwa trzy i pół godziny. Hm, oglądanie podzieliłam więc na sesje, może dam radę.

Zaczęłam też wyszukiwać na youtubie różne wykonania tego właśnie motywu, mając nadzieję, że może po „nasłuchaniu się”, wreszcie to odejdzie z mojej głowy. A tu jeszcze głośniej, jakby tuż za progiem stała cała orkiestra symfoniczna. Ale za to pozwolę sobie zamieścić linki do dwóch wykonań, które najbardziej poruszyły moją duszę (oczywiście jest mnóstwo wspaniałych innych wykonań, jak choćby samego Icchaka Perlmana, ale na razie je zostawmy).

Pierwsze doskonale zharmonizowało się z moimi odczuciami. Nie wiedziałam, tak przy okazji, że ludzie z pewnymi upośledzeniami fizycznymi, potrafią tak pięknie grać. Słuchając tego wykonania „zobaczyłam” miliony kolorowych motyli, które radośnie trzepocząc kolorowymi skrzydłami, wzbiły się wysoko do nieba. To było piękne, uwalniające, jakby na chwilę odeszło to coś, co męczy mnie już tak długo.

Link (27.07.2016):

https://www.youtube.com/watch?v=k-uAvM6ZTLc

 

Drugie, zupełnie inne od pierwszego, będące małą aranżacją na wiolonczele, było jakby łkaniem Szechiny, jej płaczem nad milionem istnień ludzkich, które przedwcześnie zniszczone, dopominają się dopełnienia, zakończenia, jakby dopisania ich historii. Głębokie, smutne, piękne. Wnika w najgłębsze otchłanie duszy.

Link (27.07.2016):

https://www.youtube.com/watch?v=L629Yy3VbB8

 

„Nasłuchanie się” nic nie pomogło, chociaż jakoś trochę mi z tą muzyką lżej.

Nie wiem jeszcze, dlaczego ta muzyka, ten właśnie motyw tak wtargnął do mojego umysłu, do mojego serca, do mojej duszy. Słyszę ciągle skrzypce, a w tle rozbrzmiewa cała wielka orkiestra.

Mieszkam przecież tu, na krakowskim Kazimierzu, gdzie odbyła się wielka część tych wszystkich tragicznych wydarzeń Zagłady, część tego fragmentu zdarzeń pokazanych w „Liście Schindlera”. Może coś chce przemówić, coś szuka jakiegoś światła, objawienia. Pozostaje mi jeszcze obejrzeć cały film (kiedyś już go oglądałam, chyba nawet dwa razy), ale teraz pewnie zobaczę go inaczej, zawsze po jakimś czasie widzimy inaczej, wyłapujemy inne znaczenia, motywy. I może czekają mnie odwiedzimy fabryki Oskara Schindlera. Nigdy nie byłam tam w środku, może nadszedł czas.

Już wiele razy zdarzało się, że jakiś motyw muzyczny „przyczepił się” do mnie i męczył, i męczył. Zresztą chyba wszyscy mamy często taką sytuację. Ale przyznaję, że pierwszy raz jest to tak mocne i tak długo trwa. Dlatego postanowiłam pójść za tym, zbadać.

 

Od kilku miesięcy niestety motyw Zagłady jest też żywy w moim umyśle. Pewnie to z powodu opowieści rodzinnych, smutnych, bolesnych i tragicznych. To nie jest łatwy temat i nie lubię do niego wracać, ale może trzeba się z tym zmierzyć. Uważam zresztą, że warto i należy stale przypominać o Zagładzie, by pamięć była wciąż żywa, by ludzie potrafili budować wartościowy świat, w którym człowiek może być Człowiekiem, w którym można szanować wzajemnie różnice wyznań i poglądów, bez narzucania, udowadniania, zmuszania do czegokolwiek.

Oskar Schindler mówi (w filmie) do swojej żony, zatapiając się w wielki świat wizji i marzeń, że wszyscy będą pamiętać o nim, o jego niezwykłej pracy, o jego wielkich czynach. To piękne, że myślał wtedy o fabryce, o swoim sukcesie finansowym, a osiągnął sukces i został zapamiętany z zupełnie innego powodu. To tak przy okazji spełniania się naszych życzeń, naszych marzeń, naszych wyobrażeń – droga do sukcesu i jego efekty, bywają zaskakujące.

 

!ברוך השם

 

Ania Forystek